08.06.2012

Rozdział 44

Dlaczego wszystko musi tak szybko lecieć?

Westchnąłem, przewalając się na drugi bok wiśniowej pościeli. Bez pośpiechu przetarłem oczy i ziewnąłem przeciągle, wciąż obserwując gałąź sięgającą mojego okna. Po raz kolejny burknąłem coś niezrozumiale, po czym z ociąganiem zwlokłem się z łóżka.

- 6:15... - w przeciwieństwie do tempa, w którym wstałem, gwałtownie runąłem na miękki materac i zasłoniłem ręką powieki - Kto normalny męczy człowieka o tej godzinie... - mruknąłem sam do siebie.

Nie mogłem odpocząć nawet paru sekund, gdyż komórka wydarła mi się wprost do ucha oznajmiając, iż ktoś próbuje mnie nieźle wkurzyć. Kiedy spojrzałem na wyświetlacz moje załamanie sięgnęło dna.

- No. - odebrałem z niezbyt dużym entuzjazmem - No... Gdzie ty w ogóle jesteś? - słysząc, jak strzelają mi kości przeciągnąłem się parę razy i zmierzyłem w stronę schodów - Słucham?! Idiota! - wrzeszcząc do słuchawki, natychmiast z impetem wtargnąłem do kuchni. 

Nie licząc małego poślizgu, cały i zdrowy dotarłem do pomieszczenia wypełnionego ciekawą wonią.

- Czy ciebie do reszty pogięło baranie?! - moja dłoń uderzyła ramię kochanego braciszka - Masz za dużo kasy, czy jak?!
- Witaaamy Taisho, siadaaamy, pyszne śniadanko na stole maaamy. - duży wyszczerz na jego twarzy uświadomił mi, że nie mam normalnego rodzeństwa.
- Rozumiem, że lubisz dręczyć ludzi z samego rana. - zrezygnowany usiadłem przy kwadratowym mebelku - No tak, przejść się na górę to nie lada wyczyn. 
- Nie gadamy braciszku, nie gadamy, tylko cieplutkie śniadanko zajadamy. - cały w skowronkach wskoczył na szafkę i zaczął popijać herbatę.
- Nie będę tego jeść, jeszcze w miarę kulturalnie powiem ci 'cześć'. - oparłem ręce o blat stołu.
- Najpierw zajadamy, potem kulturalnie się żegnamy. - spoczął na swoim standardowym miejscu, będąc naprzeciwko mnie.
- Idiota. - mruknąłem, pocierając palcami jego włosy - Chyba nigdy nie będziesz poważny. - z uśmiechem na cienkich wargach powoli smakowałem świeżych tostów.
- Może kiedyś będę. - wystawił mi język, na powrót biorąc łyk owocowego napoju - Tu masz zwolnienie. - nie odrywając ust od kubka, podsunął mi białą karteczkę pod talerz.
- No nie! Dlaczego? Przecież nic mnie już nie boli! - na potwierdzenie pokręciłem nadgarstkiem. 
- Ale może zacząć, więc bez protestów proszę ją wziąć.
- Dobra, dobra... - burknąłem, kończąc posiłek.
- Tylko dwa? - zdziwił się widząc liczbę zjedzonych kanapek.
- A niby ile? Zazwyczaj w ogóle nie jem dużego śniadania. - dosyć głośno szurnąłem krzesłem po czarnych płytkach - Ale na pewno jutro się postarasz? Wiesz, że od tego wiele zależy.
- Wiem, dlatego zaraz zacznę się przygotowywać. - nie wiadomo skąd wyrzucił na stół dwie potężne teczki - No! Myślałem, że je zgubiłem, ale jednak wczoraj je znalazłem.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jak to wygląda? - wybałuszyłem oczy - Kiedy chcesz to przeczytać? Nie masz pracy?
- Oczywiście, że mam i właśnie zaraz tam idę.
- Z tym?
- Będę miał trochę czasu, więc poczytam.
- Leń. - rzuciłem na odchodnym, znikając za progiem.
- Słyszałem to!

Bez żadnego wahania nałożyłem na siebie białą koszulę, po czym szybko spakowałem książki i wleciałem do łazienki. Błyskawicznie rozczesałem włosy, przez co wszystkie końcówki niemiłosiernie się naelektryzowały, dając wrażenie jakbym nawalił na nie tony lakieru.

- Co za kłaki! - mruknąłem, w pośpiechu starając się je uklepać - Kij. Spóźnię się!

Mając plecak ledwo trzymający się na prawym ramieniu, biegłem jak kot z pęcherzem do domu Yasuro, będąc zmuszonym do omijania jakichś małych dzieciaków, które jak na złość musiały wyleźć tak wcześnie akurat dzisiaj! Spojrzałem na zegarek i z wrażenia aż zachłysnąłem się powietrzem. Trochę zdyszany w końcu złapałem dłonią kawałek ogrodzenia Higoshi'ch, patrząc na aniołka zamykającego mieszkanie. Mój tornister wisiał na nadgarstku, a włosy...

- Matko! - chłopak aż podskoczył - Żeś se tyle lakieru nawalił, czy jak?! - nieźle wystraszony powoli do mnie podszedł, niepewnie dotykając kosmyków - Nie są na lakier! - krzyknął, dokonawszy jakże wielkiego odkrycia.
- Właśnie przez nie się spóźniłem! - sapnąłem, uspokajając puls - Jaki lakier, jaki lakier! Te kłaki tak się naelektryzowały, że wyglądam jakby mnie piorun trzasnął!
- Ale fajnie. - ukazał swoje białe kiełki, obchodząc mnie dookoła - Nooo! Moje to zawsze są oklapnięte.
- I się cholernie ciesz. - głośno wypuściłem powietrze, kierując nas w stronę szkoły.
- O, widzę cud się stał. - uniósł wysoko głowę, przez co zmarszczyłem czoło nie rozumiejąc jego słów.
- Ale że co.
- No co 'co.'! koszulę masz białą, z własnej woli, aż nie wierzę. - pokręcił łebkiem, dumnie maszerując wzdłuż uliczki - Gdzie się podział tamten Taisho? - zaczął rozglądać się na boki.
- Ha, ha. Czubek... - dałem mu pstryczka w ucho - A co? Chciałbyś mnie przebierać? - posłałem mu charakterystyczny uśmiech, mówiący o podtekstach.
- Oczywiście, jak zawsze panie Taisho. Podtekst pod podtekstem, co świadczy o tym, że masz bardzo dobry humor. - przekręcił swoją pieszczoszkę - Chyba za dobry.
- Świetny! - moje wargi rozszerzyły się jeszcze bardziej, odsłaniając błyszczące uzębienie.
- To zapowiada się ciekawy dzień. - mruknął, śmiejąc się cicho - O, Akane idzie. - oboje podnieśliśmy dłonie, machając jej krótko.
- No popatrzcie chłopaki, nie spóźniłam się! - pewnie tupnęła o chodnik, poprawiając niesforne kosmyki.
- Nie to co niektórzy... - orzechowowłosy postawił kilka kroków, zatrzymując się.
- No i znowu mnie opierdziela. - stanąłem przy niej, robiąc minę zbitego psa - Człowiek leci na łeb, na szyję żeby zdążyć, udaje mu się, a ten jeszcze narzeka... - zacząłem poprawiać jej grzywkę, widząc spore nierówności, które mi przeszkadzały.
- Wstydziłbyś się Yasuro. - pokręciła palcem, cierpliwie czekając aż skończę - A uważałam cię za takiego dobrego chłopaka...
- Tak. - parsknąłem śmiechem, zabierając palce - Niech nie zmylą cię jego pozory.
- O, pan idealny się odezwał. - szturchnął mnie w ramię.
- Widzisz, widzisz?! Znowu mnie bije! - przylgnąłem do boku dziewczyny, patrząc obrażonym wzrokiem na zielonookiego.
- No wiesz co Yasuro? - Watanabe pogładziła moje włosy, udając wielką złość.
- Oj przepraszam, przepraszam... - opuścił ze skruchą głowę, obserwując nas spod grzywki.
- No! - w mgnieniu oka rozpromieniłem się znacznie i odsunąłem od ciała szatynki. 
- Chłopaki, chcecie się spóźnić?
- Taisho z chęcią...
- No i znowu Akane, znowu! - tupnąłem nogą, krzyżując ręce.
- Yasuro!
- Oj no dobra... - uśmiechnął się szeroko - Chodźcie.

Zgodnie kiwnęliśmy głowami na 'tak', zaczynając dreptać bez pośpiechu do ogromnego budynku. Kurde, wysoka nawet jest, prawie jak aniołek, to na pewno dziewczyna?

- Em... Taisho, ale co ty tyle nawaliłeś lakieru? - w połowie drogi siedemnastolatka przyjrzała mi się uważnie.
- No nie! - prychnąłem oburzony, na co Higoshi od razu wybuchł śmiechem i tak z powrotem powlekliśmy się do tymczasowego więzienia. 

Mam nadzieję, że nauczyciele nie planują dnia tortur i dadzą choć trochę luzu, przecież jest wiosna, noo!

Co jakiś czas wtrącałem się do rozmowy, jednak głównie tylko się jej przysłuchiwałem. Kroczyłem leniwie, uszczęśliwiony pogodą jak i przyjaciółmi. Przyznam, że od zawsze chciałem mieć przyjaciółkę, która dobrze by mnie rozumiała i była taka, jak Akane. Nie ma to jak kobiecy punkt widzenia i łagodne poczucie humoru. W sumie na to wychodzi, że moja klasa nie jest taka zła i da się do niej przywyknąć.

Weszliśmy na teren wielgachnej szkoły, która można by rzecz była jedną z najlepiej wyposażonych w mieście, a wielki ogród prowadzący do akademika zapewniał przyjemny relaks dla zmęczonych umysłów. Normalnie basen, palemka i jak hotel, a nie budynek do nauki.

Odwróciłem głowę w prawą stronę, patrząc na uczniów rozmawiających ze sobą w grupkach. Nagle spostrzegłem tam Ukyo, więc uśmiechając się subtelnie, machnąłem jednorazowo dłonią. Pieszczoszka rozbłysła, a on nieco zdziwiony z małym opóźnieniem odwzajemnił mój gest, szczerząc się szeroko. Garstka ludzi, z którymi przebywał, zdumiona zerkała to na niego, to na mnie, jakbym zrobił coś niewyobrażalnie dziwnego. Zrobiwszy to co chciałem, wciągnąłem się w dalszą rozmowę, nawet nie zwracając uwagi na to, iż prawie byliśmy pod klasą. No proszę jaki mam dobry nastrój, aż do znajomych się uśmiecham, cud! 

Usiadłem na parapecie, tak samo jak Yasuro, natomiast dziewczyna oparła się o kawałek żółtawej ściany. Po chwili wybuchnęliśmy śmiechem, wyobrażając sobie to, co powiedziała Akane. Złapany za ramię, lekko się chichrając spojrzałem na osobę, która raczyła mnie dotknąć. Eizo zamiast coś powiedzieć, wlepił we mnie wzrok, jakby nie dowierzając, że ja mogę się tak śmiać. Po kilku sekundach zdążyłem spoważnieć, uważnie lustrując jego twarz.

- Tak? Chciał pan coś powiedzieć? - rzuciłem, tkwiąc tęczówkami w jego dłoni.
- A, wybaczcie, zamyśliłem się. - wyprostował kręgosłup, przybierając swoją standardową postawę - Macie dzisiaj wolne, zwolniłem was wszystkich z lekcji, gdyż przedstawienie samo się nie zrobi, a czasu mamy bardzo mało. W dodatku nic nie stracicie, bo słyszałem, że jesteście z materiałem sporo do przodu jako jedyna klasa w szkole. - jego białe włosy zaświeciły na wychodzącym zza chmur, jaskrawym słońcu.
- Taak! - zeskoczyłem z parapetu, podnosząc dwie ręce.


6 komentarzy:

  1. No jak zwykle bardzo dobrze,że nawet nic nieznaczący rozdział, który właściwie nic nie wnosi czyta się prześwietnie xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyta się dobrze, ale fajnie by było jakby się chociaż pocałowali.... troche wieje nudą, bez urazy.
    Wczoraj zaczęłam czytać tego bloga i tak mnie zaciekawił że siedziałam do 1.30 w nocy... ale dzisiaj nie zrobiłabym tego samego.

    OdpowiedzUsuń
  3. siedzę już drugi dzień czytając Twojego bloga, poszłam spać wczoraj o 4.00 bo mówiłam sobie, to ostatni to ostatni i tak się przedłużało.

    OdpowiedzUsuń
  4. No przyznaje ten blog jest świetny!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajny blog ale to nie yaoi nawet pod ahounen-ai sie nei zalicza :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam sie, w stu procentach. Blog jest super ale wieje nudą, nic sie nie dzieje~RR

      Usuń