09.06.2012

Rozdział 70

Koniec. Muszę się ogarnąć. Za dużo myślę, a za mało robię. Przez ostatni miesiąc zapomniałem gdzie moje miejsce, dlatego trzeba to nadrobić. Od dzisiaj nie ma smutania, a nawet jeśli, to przy pożytecznej robocie. Muszę pozakuwać, więc ubłagam Eizo o trochę wolnego czasu, pozbędę się tych dziwnych myśli, to tylko taki typ. Zmienne nastroje, heh. Nie ma smętnego grania - biorę się ostro do treningu, bo czuję, że dorównałem już poziomem Kaoru, huu, schlebiam sobie, nie ma co. Wymyślę szybko piosenkę i przećwiczę ją. 

Sterczałem przed lustrem, wycierając mokre ciało ręcznikiem. Drugą kończyną podłączałem suszarkę, aby doprowadzić włosy do porządku.

Za dużo siedziałem pod tym zakurzonym kloszem, czas dać coś od siebie, aby inni widzieli, że mi na nich zależy. Koniec z olewaniem brata, wystarczająco dużo spraw ma na głowie, a moje dziecinne zachowanie w ogóle mu ich nie odejmuje. Rodzice - czy są, czy nie, to zostawię bez komentarza, biorąc się za siebie. Szkoda czasu!

Ciemne kosmyki falowały w przestrzeni, podczas gdy szorowałem zęby. To, jeśli mi się spieszyło, potrafiłem robić doskonale, kilka czynności na raz.

Co najważniejsze, ten koncert ma się udać, sprawdzę swoje możliwości na scenie i ocenię, co zrobić dalej. Może to doda mi otuchy? W każdym bądź razie zgłoszę się do rady na czas przygotowań i zgarnę całą odpowiedzialność na siebie. Nie przypominam sobie, aby ktoś się do tego ochoczo wyrywał. Yasuro wiele razy mi powtarzał, że jeśli coś powiem, tłumy za mną pójdą, a jeśli do tego pokażę światu łagodny, olśniewający uśmiech - wzbudzę zaufanie.

- Mam charyzmę, ta? - palcami wyciągnąłem skórę nad ustami aż do nosa, utrwalając uśmiech.

Skoro mam jakieś talenty, mogę się nimi podzielić, nie będę marnował takiej szansy gnijąc w domu. I w dodatku poćwiczę kontakt z ludźmi, trzeba przyzwyczajać się do publicznych konwersacji. Przecież większość ludzi udaje to, kim jest. 

Wszedłem do pokoju i narzuciłem na ramiona koszulę, zręcznie przewiązując przez szyję czarny krawat. Skoro trzeba ubierać to coś, należy się nieco upiększyć. Przeczesałem grzebieniem fryzurę, poprawiłem ją tu i tak, naciągnąłem na tyłek dżinsowe rurki i ledwie trzymając na kciuku plecak, wypełzłem z pokoju. 

- Hej braciszku. - rzuciłem teczkę w róg przedpokoju, po czym energicznie stanąłem na chłodnych kafelkach, zabierając z łapek Hiro kubek.
- Eej! - krzyknął oburzony, gdy cała zawartość rozgrzanego naczynia została przeze mnie wchłonięta - Mogłeś coś powiedzieć, to bym ci zrobił. A to od kiedy pijesz kawę?
- Nie mam czasu, bo właśnie wychodzę, od dziś. Muszę mieć dużo siły, czeka mnie nawałnica pracy. 
- No nie wierzę... - pokręcił swoim globusem, westchnął i obejrzał mnie od góry do dołu - Nie żeby to był komplement, ale wyglądasz, jakbyś wrócił z jakiegoś SPA lub sesji zdjęciowej. Niejeden model pokusiłby się na operację plastyczną, aby wyglądać jak ty.
- Dziękuję w takim razie za miłą obelgę i pa, lecę! - machnąłem na odchodnym ręką, przeżuwając kruche ciasteczko, trzymane w buzi tylko dzięki zębom.

Coś duszno dzisiaj, pewnie będzie burza. Moje włosy też to wiedzą, bo nie dają się dzisiaj ułożyć. Gdyby nie guma, byłyby oklapnięte na boki, jak u osła. Świetnie.
Delektowałem się skromnym śniadaniem, dziarsko krocząc pomiędzy budzącymi się uliczkami.
On mnie wkrótce tymi pobudkami zabije, chociaż może kiedyś znowu zdarzy mi się zobaczyć go w rozpiętej, jak i w ogóle bez, koszuli? Mhrehehe...

Westchnąłem, wygładzając dłonią koszulę, papierek zaś schowałem do kieszeni, ponieważ nie było tu czegoś takiego, jak przyjazny środowisku śmietnik. O co to, to nie, przecież można je postawić tam, gdzie nikt nie chodzi, prawda? Przymrużyłem powieki, zamyśliłem się i to bardzo.

Może jakieś interesy? Nie wiem... Ale Yasu, to Yasu, mój aniołek, który podzieliłby się ze mną problemem, jeśli jakiś by miał. Jestem tego pewien. Zawsze tak robił...

- Boże! Wstałeś z grobu? - przystanąłem, widząc zgarbioną postać, która po zamknięciu furtki patrzyła na mnie konającymi ślepkami - Weź mnie tak nie strasz.
- Hej... Wybacz, nie wyspałem się, bo zakuwałem matmę do drugiej w nocy. - ziewnął przesłodko, zasłaniając nadgarstkiem połowę twarzy. Od razu przetarł też gałki oczne - Zaraz mi przejdzie, jak się rozbudzę.
- Matma to pikuś.
- Tak, dla ciebie. - burknął, leniwie kierując się do parku.
- Uśmiech Yasu, uśmiech! Dzisiaj ostatni dzień szkoły i weekeeeend!
- Po którym w poniedziałek czeka mnie praca klasowa z fizy. - jakby całkowicie wyzionął ducha, oparł policzek i lewą stronę ciała o pobliską latarnię, bez pośpiechu osuwając się na chodnik.
- Ale z ciebie pesymista. Wstyd mi za ciebie, wstyd!
- Wstyd to będzie, jak ucząc się dostanę buta. No, ale - podniósł się uszczęśliwiony, odzyskując mizerne siły - dzisiaj odpuścili mi trening, więc może gdzieś sobie skoczę.
- To świetnie. - posłałem mu równie życzliwy uśmiech.


***


- Yasu, widzę, że ciężka, nieprzespana noc. - szatynka skrzywiła wargi w niewielkim grymasie, chwiejąc się na obie strony.
- U ciebie nie lepiej. - uniósł jedną brew, ciągnąc mnie za rękaw koszuli.
- Ale przynajmniej jakoś poszło mi z matmy.
- Przecież...
- Ty się nie odzywaj. - siedemnastolatek spojrzał na mnie ostrzegawczo.
- No oke. Idziemy gdzieś po szkole?
- Ja na pewno. - dziewczyna zerknęła na Higoshiego, który posłał jej szeroki uśmiech.
- Ja też.
- No nareszcie.
- Taisho, jak tam z twoją piosenką? Ciągle zapominam się o to zapytać, a ty się nie chwalisz. - słowa aniołka lekko wytrąciły mnie z równowagi. Dawno, naprawdę jak dla mnie dawno, nie słyszałem podobnego pytania, nie posiadającego haczyków. Takie luźne, przejrzyste.
- Jakoś idzie... Dzisiaj ostro... - zza rogu korytarza wyłoniła się śnieżna czupryna, której nikt o dziwo nie zakrywał - wezmę... Wybaczcie, muszę coś załatwić! - pobiegłem w stronę nauczyciela, zostawiając zdziwionych przyjaciół na pastwę losu uczniowskiego tłumu - Przepraszam, um! - bez zastanowienia, pod impulsem bezradności złapałem mężczyznę za rękę, przez co gwałtownie obróciłem go w swoją stronę o 90 stopni. Dlaczego tak zrobiłem? Nie wiem. Złote, szklane zwierciadełka zabłysnęły zdumione, oglądając zupełnie nowe, lodowe - Przepraszam. - odrzekłem nieco speszony. Dłonie położyłem na udach tuż pod pośladkami, taki zwyczaj.
- Nie, nic się nie stało. - ciepły uśmiech nie wiedzieć czemu dodał mi otuchy i rozweselił kociołek zimnej duszy.
- Mógłby pan znaleźć czas na częstsze treningi? Jeśli nie, oczywiście nie będę naciskał, ale przyznam się, że z pańską pomocą idzie mi znacznie szybciej i łatwiej niż w pojedynkę. - powiedziałem wszystko na jednym wydechu, rejestrując jego kolejny szok.
- Powoli, bo zemdlejesz, a ja na pierwszej pomocy nie znam się za dobrze. - zaśmiał się, obejmując wielki zeszyt rozmiaru A4.
- Przepraszam. - pokazałem nieco zębów, prostując swoją postawę.
- Taisho, stało się coś? Za dużo razy przepraszasz, jak nie ty.
- Przep... heh. - oboje niegłośno pozwoliliśmy sobie na roześmianie się.
- Ale wracając. Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się tego, że mógłbyś mnie poprosić o coś takiego, ale jak widzę nie znam wszystkich zbyt dobrze. Wybacz, po prostu wyglądałeś na kogoś, kto nie wymówiłby takich słów, wolałby wszystko zrobić sam. Cóż, chcesz pomocy, nie ma sprawy, ale musisz się liczyć z dłuższym zostaniem po lekcjach i tak dalej.
- Tak, wiem.
- Chociaż niektórzy nauczyciele może odpuszczą ci poszczególne przedmioty od czasu do czasu, pod wymówką przygotowania się do olimpiady. Te, z których masz piątki oczywiście. Co teraz masz?
- Fizykę.
- Idealnie. Chodź, zaczniemy teraz, bo mam okienko. Usprawiedliwię cię.
- Słucham? Teraz?

Nim zdążyłem jakkolwiek zaprzeczyć, zostałem pociągnięty w głąb szkolnych korytarzy. Eizo przypomina mi trochę Hiro, odrobinkę pod względem nagłego działania. Co tak go zdziwiło, że co chwilę widziałem jego szczere zdumienie? Ale, będę mu musiał podziękować. Naprawdę nauka Yasu czy jego strasznie mi pomaga w koncentracji tylko przy tym jednym przedmiocie.


***


Małe pomieszczenie, opuszczone ksero, przysłonięte kartonami okna i miły, lekko drażniący wnętrze nozdrzy zapach kawy pomieszany z czymś charakterystycznym dla tego miejsca - kocham ten gabinecik. Uspokaja mnie i jak na złość przywołuje odległe pomysły na piosenki... Znowu.

- Tutaj? - wskazywałem długopisem na malutki punkcik zlewający się z innymi, które go otaczały. Jak na złość wszystkie były czerwone.
- Nie, trochę wyżej. - białowłosy siadając tuż przy moim boku, tak, iż siedząc po turecku dotykał swoim kolanem moje, obserwował niedoświadczone posunięcia, które i teraz okazały się błędne - Aj, jeszcze, na lewo. Nie, - z całego roztargnienia zdesperowany przejechałem zbyt szybko po papierze - Tu. - palec Eizo przykrył kilka kropek, przez co nadal nie mogłem dostrzec odpowiedzi.
- Nie widzę, bo zasłonił pan palcem.
- O tu. - złapał w swoje paluszki kawałek moich wraz z urządzeniem bazgrzącym po kartce i rozpoczął wędrówkę po wielu większych stacjach - Punkt A kończy się tutaj, a koleje ciągną się dalej ooo tu...

Kojący głos dorosłego, ale młodego mężczyzny, który powinien być niedoświadczony, rozbiegany, arogancki, strasznie wzbudzał we mnie coś takiego jak respekt i szacunek do tego młodzieńczego siwulca. Sposób tłumaczenia - stuprocentowa perfekcja, której nikt mu nie zabierze, a do tego wygląd, na który ślini się duży odsetek szkoły. Czy to aby na pewno uczciwe, że mi poświęca tyle uwagi...? Ee... Yy... O czym ja właściwie myślę? Czy ja coś sobie sugeruję? Jednak sam fakt i ta świadomość sprawiają... Dosyć miłe uczucie.
Uśmiechnąłem się łagodnie pod nosem, udobruchany jak dziecko.

- Już dzwonek? Ale ten dzień strasznie szybko ucieka. - westchnął, gdy jego dłonie uniosły górną część ciała ponad ladę.
- Pewnie tak... A właśnie, wie pan może kto jest odpowiedzialny za cały koncert charytatywny? Bo pan tylko pomaga, prawda?
- Dokładnie. Ktoś ci w czymś podpadł?
- Nie, również chcę pomóc, może potrzebują kogoś, kto to wszystko ogarnie. Mówię oczywiście o uczniach.
- Taisho... Nie za dużo bierzesz na swoje barki? - bialutkie brwi przyjacielsko nacisnęły na powieki, tworząc anielski wyraz twarzy otoczony u góry puchowym jedwabiem.
- Dam radę, w końcu trzeba pomagać.

Pakując rzeczy słyszałem już szmery dochodzące zza drzwi, gdzie niektórzy gromadzili się na próbę lub po prostu przechodzili łącznikiem do drugiej części budynku. Machnąłem głową, aby zrzucić z oczu kosmyki i poprawiłem ubranie, zatrzymując się przy Yarotouichim.

- W takim razie za dwie godziny pójdź do pokoju samorządu szkolnego. Opiekun powinien się wtedy zjawić. - łagodny uśmiech przyozdobiony słodkimi zmarszczkami pod oczami wymusił moje podziękowanie.

Pospiesznie udałem się pod moją wierzbcię, aby porozmawiać w końcu ze znajomymi. Jak nie nauka, to moje sprawy, normalnie nie można pogawędzić w spokoju. Przyspieszyłem, kiedy ujrzałem trójkę istotek spoczywających w cieniu zieloniutkich listków i poprawiłem szelkę.

- Jest nasz uciekinier. - orzechowowłosy wyszczerzył się od ucha do ucha, podjadając śniadanie.
- Ja się uczyłem w przeciwieństwie do was, lenie jedne. Hej Ukyś. - uścisnąłem jego dłoń, co zdezorientowało nawet mnie. Otwarcie się na ludzi chyba polubiło swoją rolę i teraz będzie wciskało się pomiędzy mój rozsądek.
- Siem Tai.
- A czego?
- Geografii.
- Z Eizo? - Akane przeczesała włosy, uderzając podeszwą buta o drugą podeszwę.
- Taa, nauczanie indywidualne.
- Taishooo? Mógłbyś mi pomóc? - słysząc znany, wnerwiający głosik nie mogłem powstrzymać się od wrednych komentarzy nachodzących moje myśli.
- A to nie może poczekać? - nie odwracając się do niej, ukazywałem Yasu najróżniejsze grymasy.
- No, nie za bardzo. Raczej nie...
- Dobrze. - założyłem na twarz maskę uprzejmości, siląc się na nikły entuzjazm - O co chodzi?
- Pokażę ci, ale muszę cię porwać!

Dziewczyna złapała mnie za nadgarstek, przez co omal się nie wyrżnąłem. Stabilizując równowagę szarpnąłem delikatnie ręką, przywracając jej wolność. Znowu nie pogadam sobie z Yasuro. Czego ta idiotka chce?! Oby poszło szybko.


***


Pomijając kolejną porcję beznadziejnych, ale na nieszczęście uzasadnionych pracą zalotów, odetchnąłem głęboko i przeciągle, gdy razem z Watanabe i Higoshim opuszczaliśmy teren szkoły. Wcześniej zdążyłem rzecz jasna pozbierać zespół do kupy i zadać im tyle ćwiczeń, że chyba nie podniosą się z łóżka. Kolejne osoby zainteresowane moją może nie tyle pracowitością, co energią, ciągłym ruchem, w pewnym stopniu medialnością, jakby bardziej ochoczo podchodziły do obowiązków. Dzięki mojej pomocy, Eizo mógł w spokoju skupić się tylko i wyłącznie na próbie, która z obecnością Katsuyoshiego wychodziła znacznie lepiej. 

- Słuchaj, po co ty właściwie poszedłeś do samorządu?
- Zgłosiłem się do opieki nad całym koncertem, czyli jestem odpowiedzialny za zespoły, muzykę oraz oświetlenie, wygląd sceny, reklamę i takie tam.  - wyliczałem na palcach - Można powiedzieć, że będę rządził pracą i w razie czego, to mi się oberwie.
- Stało się coś w domu, śniło, że szarpnąłeś się na coś takiego? - aniołek zafascynowany, nie spuszczał wzroku z mojej twarzy. Mogłem poczuć się nieco molestowany. Oj, daj już spokój, heh.
- Postanowiłem pomóc, to wszystko. Kiedyś mówiłeś mi, że spokojnie odnalazłbym się w takiej pracy, więc spróbuję. - a to, że chcę siebie przetestować, zmienić podejście i wykorzystać kształcone umiejętności, tego nikt nie musi wiedzieć. Jestem tylko skrytym człowiekiem, który trochę poudaje.
- Mówiłem, ale... Jacie, ja bym tego nie ogarnął i nie pomyślał, że zrobisz coś takiego. Jeszcze masz olimpiadę.
- No, od dzisiaj zero kompa, zalegania na kanapie. Zobaczymy jak mi pójdzie.
- Taki mały teścik?
- Ta, taki mały teścik...
- Ej, chłopaki, gdzie idziemy?
- Może do Arkadii? - na propozycję zielonookiego wraz z Watanabe zaśmialiśmy się donośnie - No co.
- Wiesz, my tam chyba zamieszkamy.
- Ta, szczególnie w świecie koktajli. 
- Taisho, ty alkoholiku. - Higoshi pokręcił głową, na co moja komórka zawibrowała, rozpoczynając śpiew.

Odrywając się od dalszej rozmowy tej dwójki, odebrałem połączenie, wsłuchując się w słowa, które stopniowo wprawiały mnie we wściekłość.

- Teraz?! - podniosłem głos, zagryzając wargi - No ok, już jadę. - westchnąłem, czując ogromną frustrację i chęć wykrzyczenia światu jak mam jego uczciwość i pomoc innym w dupie - Przepraszam was, muszę iść. Mama przyjechała i chce, abym pomógł jej i jej koleżance w przeniesieniu rzeczy. - podrapałem się po czole, hamując napływ niepotrzebnej siły.
- Dobra, nie ma sprawy. Pozdrów je.
- Ta, na razie.

Zadzwoniłem po taksówkę, zmierzając do jednej z głównych ulic. Dlaczego akurat dziś, akurat teraz i dlaczego akurat ja?! Nigdy niczego ode mnie nie chciała, a teraz nagle się obudziła. Matko! Kiedy mogę się spotkać z Yasu, oczywiście muszę nosić jakieś gówniane torby, jak tragarz. Jakby Hiro nie mógł tego zrobić. Dobra, nie, spokojnie, chyba mogę jej pomóc. Taisho, nie bądź szczylem, chamem, zachowuj się. Jak na cywilizowanego człowieka przystało. Poprosiłbyś o pomoc, pewnie zrobiłaby to samo. Zrobiłaby...?

Po około godzinie dotarłem na miejsce, które znajdowało się na drugim końcu miasta, w dodatku korki nie ułatwiały dojazdu w godzinach południowych. Zdążyłem ochłonąć, dlatego płacąc sporą sumkę, wdrapałem się po schodach do budynku. Byłem zły, że odebrano mi czas z Yasu, ale mamy też dawno nie widziałem, a jak ona prosi o pomoc, to normalnie cud nie z tej ziemi. Czyżby sobie coś przemyślała?
Po 15 minutach stania jak palant i tupania stopą o kafelki, gdzie to ona powinna od 20 minut na mnie czekać, zirytowany w końcu do niej zadzwoniłem. Szum, dzwonek telefonów, ogłoszenia nadjeżdżających pojazdów, wszystko to, co uwielbiałem, co kojarzyło mi się z podróżą, nowoczesnością, za którą dzielnie podążałem. Więcej miast, więcej ludzi, więcej możliwości, więcej znajomości, więcej tych, którzy cię nie znają, to jest raj, w który uwielbiam się pakować.

- GDZIE TY JESTEŚ?!

Nie oszczędziłem sobie głosu, przez co ludzie dookoła skupili swoją uwagę na mnie, a malutkiej dziewczynce gałka loda spadła na podłogę.


2 komentarze:

  1. Ja nie wiem,nawet jeśli w rozdziale nie ma jakiejś konkretnej akcji czy sytuacji to i tak czyta się go w mgnieniu oka,jest napisany tak realnie i z lekkością xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Nudzi mi sie to~RR

    OdpowiedzUsuń