09.06.2012

Rozdział 84

One Ok Rock - Wherever you are


Odłożyłem słuchawkę telefonu i nie mogłem uwierzyć w to, co właśnie usłyszałem ani w to, co się będzie działo... Yasuro zamieszka w moim domu, będzie tutaj cały czas, ciągle, w nocy... W dzień... Popatrzyłem oniemiały na swoje dłonie, po czym zerkając za okno westchnąłem głośno, domykając powieki.
No i co się cieszysz Taisho? Taki z ciebie przyjaciel, żeby myśleć jedynie o własnych potrzebach? Nie... Muszę mu pomóc, zapewnić dom, w którym sobie choć trochę odpocznie, bo kto jak kto, ale wiem jak to jest posiadać rodzinę, której w rezultacie... nie ma. No i do tego tryb pracy, który sobie narzuca, obowiązki, jego natura, która martwi się o wszystko co żyje, ale potrafi udawać, że z nią całkiem okej. A najchętniej poszedłby i się zakopał pod ziemią, nie obarczając nikogo nawet obowiązkiem pochówku.

W rezultacie nie mając nic do roboty, bo miałem w miarę ogarnięty dom, usiadłem sobie na fotelu, zadzierając na oparciu głowę daleko do tyłu i odetchnąłem. Ciągle jest mi dziwnie z tym, że o niczym nie wiedziałem... Jakbym nie był w stanie zrozumieć, no nie wiem...
Słysząc dość szybko dzwonek do drzwi, wygramoliłem się z siedzenia i z uśmiechem otworzyłem przybyszowi wrota, wpuszczając go do środka.

- Tylko tyle tych bagaży? - zdziwiony zerknąłem za niego, żeby upewnić się czy aby na pewno nie schował czegoś za plecami.
- No a ile ty chciałeś? Całego domu przecież nie wyniosę... - z niemrawym uśmiechem ściągnął buty i zarzucił torbę z powrotem na ramię - Sorka, że tak się zwalam.. I w ogóle.. - burknął pod nosem na co pokręciłem głową.
- Nie będę się powtarzał... Tak więc chodź. Co prawda mam pokój gościnny, ale on jest za mały, więc pognieździsz się w moim pokoju. Najwyżej ja pójdę spać gdzie indziej.
- Jak chcesz... - wypuścił zrezygnowany powietrze i podreptał za mną na piętro. Normalnie pewnie by się wykłócał i wyszłoby na jego, ale w tym wypadku widać jak bardzo jest wszystkim przybity.
- Czyli nadal się kłócili...? - spytałem ostrożnie, kiedy znaleźliśmy się w moim 'sanktuarium'.
- Ano... - z kolejnym westchnięciem, skoczył plecami na łóżko, nie puszczając dwóch toreb - Powiedziałem mamie, że sobie idę, a ta jedynie 'pa'. - wzruszył ramionami - No i dobra. Nie potrzebuję ich tak bardzo, abym nie mógł normalnie żyć, no nie? - przekręcił twarz w moją stronę, posyłając łagodny uśmiech.
- Dokładnie. - sam wygiąłem usta szerzej. Jak on wygląda wykładając się na tym łóżku... Do tego mnie prowokuje zadartą koszulką, eh... - Em... - zaśmiałem się - No nie będę ci tłumaczył co możesz a czego nie. Czuj się jak w domu, tyle.
- Okeeeej... - podniósł się do połowy, otwierając zamek - W takim razie nie obrazisz się jak wpakuję sobie książki do twojej szafki, bo potrzebna mi torba. - zanim odpowiedziałem, trzymając w dłoni pęk zeszytów, poszukał miejsca na półce. Za to go właśnie uwielbiam, taka swoboda...
- Jakby Hiro ci uprzykrzał życie albo co, to mnie zawołaj. Pozbędę się tego natręta. - zaśmialiśmy się pod nosem, natomiast ja wyszedłem z pokoju, kierując się do kuchni, gdyż obiecałem temu żarłokowi, że mu wstawię frytki.

Otwierając piekarnik popatrzyłem na swoje ręce oraz zegarek, wpadając znowu na kolejną, głupią, zupełnie bezsensowną myśl. A mianowicie... To dziwne, ale czy nie lepiej by było, jakbym znalazł sobie kogoś starszego? Kto już sporo przeżył no i wie czego chce... Bo niestety czy chcę czy nie, mój czas na naukę przeszedł, a że nie zajmuję się teraz czymś innym, brakuje mi kogoś bliskiego no... W końcu też jestem tylko facetem, mam swój limit... Ale charakter Yasuro, jego dłonie, ciało, smukłe biodra...
Zirytowany trzasnąłem kuchenką, kiedy już włożyłem do niej posiekane ziemniaki i opierając się o szafkę, opuściłem głowę z dużym wydechem.

Ile mam się tak męczyć?



***



Kiedy było już grubo po godzinie 22, poszedłem na balkon, trzymając w dłoniach dwie puszki zimnego piwa. W końcu czeka mnie rozmowa, bo nie wyobrażam sobie zostawić tej sytuacji bez jakichkolwiek wyjaśnień. Przymknąłem powieki, gdy wiatr powiał moje kosmyki do oczu. Szczęście, że nie jest chłodno, tylko przyjemnie ciepło, jakby przyszło już lato. Uwielbiam wiosnę.
Szatyn siedział z podsuniętymi do klatki piersiowej nogami i wpatrywał się przed siebie na widok podwórka, które znajdowało się w oddali, ale w momencie mojego przyjścia zadarł głowę do góry.

- Masz szczęście, że nie jest zimno, bo już bym cię kijem z tego balkonu pogonił. - z uśmiechem podałem mu alkohol, kucając na progu drzwi, tuż przy boku chłopaka.
- Taa. - mruknął, otwierając puszkę z głośnym pstryknięciem - Pamiętam jak przyszedłem tutaj zaraz po tym, kiedy się tu wprowadziłeś. Aż dziwne, że wybraliśmy inne gimnazja. 
- Noo... - sam napiłem się lodowatej cieczy, która przyjemnie ścisnęła gardło - Pamiętam, że to był dziwny okres. Jakbyśmy się nie znali.
- Hmm... A dzisiaj siedzę tu znowu. - popatrzył na mnie, posyłając wdzięczny uśmiech. Dociskając czaszkę do ściany, wziął kilka większych łyków i otworzył oczy - I możliwe, że będę siedzieć przez jakiś czas...
- Siedź ile chcesz. - klapnąłem pośladkami na chłodne kafelki - Mi nie będziesz przeszkadzał.
- Noo... Jak myślisz, kiedy skończą? - ujrzałem w jego oczach taką obojętność...
- Nie wiem.. - wzruszyłem ramionami i opuściłem wzrok, bawiąc się kciukiem blaszką od puszki, okręcając ją w kółko - Mogą dzień, dwa, miesiąc, rok... Serio nie wiem. Nigdy bym nie pomyślał, że twoja mama by tak... Sfiksowała.
- Ja też nie. - odpowiedział krótko i popił smutek piwem, a między nami zapadła cisza.

Nienawidzę kiedy obie osoby milczą albo grono ludzi spotyka się ze sobą, nie znając się i nikt nie wie na co może sobie pozwolić. Nie cierpię takich sytuacji. A przy nim? Przy nim nawet milczenie wydaje się pewnego rodzaju rozmową, której aż szkoda przerywać. Jest tak fajnie... Siedzę sobie wieczorem na balkonie, w ciepłą noc, obok osoby, na której mi najbardziej zależy, a ona zdaje się być spokojna, jakby w końcu odreagowywała wszystkie krzywdy, których doznała. Naprawdę chcę mu pomóc... Mam nadzieję, że mi się uda...

- Idziesz jutro do szkoły, no nie? - niegłośny ton wyrwał mnie z zamyślenia.
- Idę... Ale ty?
- Ja zostanę, odpocznę... Nie chcę znowu gdzieś zemdleć.
- Słusznie... - zgniotłem puszkę, wrzucając ją do kosza stojącego w rogu balkonu. Ta, Taisho latem lubi sobie posiedzieć i popić.
- Ano... - aniołek zrobił to samo, patrząc wciąż przed siebie.
- Wiesz... - westchnąłem, odwracając twarz w jego stronę - Chciałbym cię lepiej poznać, tę całą sytuację...
- Poznać...? - powtórzył cicho i również popatrzył w moim kierunku - Ty mnie znasz. - zaśmiał się lekko - Co miałem powiedzieć, powiedziałem. Niczego nie ukrywam... Co mam więcej dodać? Muszę po prostu... odpocząć i zacząć od nowa. - wzruszył ramionami - Nie będę narzekał, bo zawsze mogłem być sam. A tak to mam przynajmniej ciebie, nie? - uśmiechnął się tak cholernie szczerze, że mi aż szczęka miała ochotę opaść, a w sercu zrobiło się tak słodko gorąco...
- Racja... - sapnąłem, odwracając głowę - Zawsze mogło być gorzej...
- Dobra. - klepnął swoje uda, po czym natychmiast wstał, przeciągając się - Idę spać, zmęczony jestem.
- Idź, idź... A tylko położysz się na kanapie, to dostaniesz. - mruknąłem, rzucając ostrzegawcze spojrzenie.
- Tak, tak. Wzroku bazyliszka, dobranoc. - machnął dłonią i zniknął za zasłoną, wchodząc do nagrzanego pomieszczenia.

Obejmując swoje kolana, schowałem w nie nos, domykając uspokojony powieki. Mimo, że jest w moim domu, mogę z nim porozmawiać, pomóc, wiedzieć o nim co chcę, czuję, że to i tak nie to... Będę się męczył? Czy może wręcz przeciwnie - zacznę żyć, czując na każdym kroku jego obecność?

Kto wie? Jestem zmęczony... Samym sobą. Bo paradoksalnie najtrudniej jest zrozumieć samego siebie.



***



Obudziłem się na kanapie cały powykręcany przez te głupie sny. Nacisnąłem palcami na skronie, zaczynając je masować, a międzyczasie ziewnąłem niedyskretnie, powoli ogarniając gdzie w ogóle jestem. Spojrzałem na prawo i aż uśmiechnąłem się subtelnie widząc, jak Higoshi zakryty kołdrą pod sam czubek nosa smacznie sobie śpi. Zgarnąłem ubrania i polazłem do łazienki, mając dosyć energiczne ruchy, gdyż wstałem za późno. Czułem się o wiele lepiej niż zeszłego dnia, naprawdę. To chore, że człowiek czasem wstaje i ma zjebany humor, a na drugi dzień nie wiadomo czemu może skakać z radości. I zrozum tu... cokolwiek.
Z kanapką w zębach wyszedłem z domu, uprzejmie żegnając się z pajacującym Hiro i narzucając torbę na ramię, włożyłem słuchawki do uszu, drepcząc do szkoły. Nie powiem... Zaskakuje mnie fakt, że nie brakuje mi Yasuro w tej wędrówce, bo wiem, że leży w moim łóżku... U mnie... !

Zamyślony wszedłem na teren szkoły, nie patrząc, że zaraz w kogoś uderzę. Tak więc po chwili zaryłem nosem w kogoś wysokiego, na co burknąłem coś pod nosem, unosząc wzrok.

- O kim tak rozmyślasz, że nie widzisz takiej wielkiej pochodni? - białowłosy uśmiechnął się na swój sposób tajemniczo, poprawiając swoje włosy.
- Katsu... Dawno cię nie widziałem. Jak tam Ayako? - jak to dobrze, że wpadłem akurat na niego. Jego osoba zawsze kojarzy mi się z czymś dobrym.
- Powiedzmy, że wciąż poszukuję w głębi czegoś, co okaże się prawdą. - wznowiliśmy chód, razem idąc do budynku, a ja aż westchnąłem, głowiąc się nad jego odpowiedzią.
- To chyba dobrze, prawda? - zaśmiałem się, widząc jak je bułkę - Pierwszy raz widzę, żebyś coś jadł.
- Bo zwykle nie mam na to czasu. A skoro o tym mowa, jak się czuje twoje niebo?

Zerknąłem na niego ogromnie zaskoczony, czując jak robi mi się niewyobrażalnie gorąco. Czemu on zawsze wprawia mnie w takie zakłopotanie?! Ugh ! Jego wypowiedzi są strasznie dwuznaczne przez co nie wiem ile wie no... szlag!

- Nie wiem czy to widziałeś, czy tylko słyszałeś, ale Yasuro zemdlał... Ale czuje się okej. Wziąłem go do siebie no i no... - uśmiechnąłem się speszony i podrapałem po głowie.
- A ty...? - znowu! Patrzy się tak, jakby bawiły go moje odpowiedzi, no dajcie spokój no!

Kiedy miałem już próbować wymigać się od odpowiedzi, dopadł nas Ukyo z uśmiechem wieszając na naszych szyjach. Plus do tego pięknego zestawienia zadzwonił dzwonek, wzywający na lekcje.

- No niee! Chciałem z wami pogadać a już muszę iść na lekcje, super. - jęknął i pomachał na do widzenia, na co i ja poszedłem w swoją stronę, odprowadzany przez delikatny uśmiech Hanariego.



***


Lekcje mijały mi potwornie wolno. Bez Yasuro wszystko wydaje się takie szare... Bez życia. Niby klasa zachowuje się normalnie, niby wszystko jest okej, ale ja wciąż siedzę i rozmyślam, co by było gdyby, co by było jakbym i tak dalej... Podparłem swoją brodę na nadgarstku patrząc na boisko, rozciągające się tuż za oknem co najmniej na hektar. Właśnie, muszę ogarnąć w końcu gegrę i wygrać olimpiadę, zaliczając sobie semestr... Podziękować za taki układ Eizo... No i dopiąć na ostatni guzik cały koncert... Jednak myśl o nim ciągle mi w tym przeszkadza ! Wymyślam jakieś durne, kurna zboczone wersje tego co mógłbym zrobić, powinienem się leczyć! Wykorzystywać niedole przyjaciela dla własnych potrzeb, no świetnie!
Zagubiony we własnych oskarżeniach poszedłem pod wierzbcię, siadając na niewielkim pagórku. Nawet ona wydaje się dzisiaj inna niż zwykle... Patrząc nieobecnym wzrokiem przed siebie nie spostrzegłem, że z oddali stąpał do mnie Katsuyoshi, który swoją drogą ilekroć mam dylemat albo sytuacja jest nadzwyczajnie nietypowa, pojawia się niespodziewanie, a tak to znaleźć go nie można.

-Nie martw się, na pewno z tego wyjdzie. - usłyszałem jego głos, przez co zdezorientowany luknąłem do góry, obserwując jak siada obok mnie.
- Wiem, że z tego wyjdzie. - uśmiechnąłem się, czując świadomość ukojenia.
- A ty...? - na to pytanie jak oparzony otworzyłem oczy, mając je jak pięć zyla i przełknąłem ślinę.
- No co ja... Też żyję, niedługo koncert... Nie mam z czego wychodzić, jest dobrze. - westchnąłem, czując na ciele ciarki. Ile on do cholery wie?! Nikt nie może się o tym dowiedzieć... Nikt!!!
- Dobrze... - powtórzył jak echo - Uważasz, że cierpienie jest dobre? Że walka jest odpowiednia dla kogoś, kto jej nie chciał, a przyszła nagle? - tak jak ja wczepił tęczówki w krzaczki rosnące gdzieś w małym szkolnym parku.
- Nie, nie uważam... - opuściłem głowę, zdobywając się na odwagę - Możesz w końcu powiedzieć, co masz na myśli? Dwuznaczność twoich wypowiedzi... Jest krepująca... - uśmiechnął się na moją uległość.
- Mam tylko na myśli to, że powinieneś mu powiedzieć o tym, co gryzie twoje sumienie, a co nie jest złem wcielonym.

Przysięgam, że zatkało mi dech w piersiach. On wie! On kurwa wszystko wie! A jak powie wszystko aniołkowi? Albo nagada coś Ukyo, uśmiechnie się do Akane tak, że się dowiedzą?! Przecież ja bym wtedy umarł... I jak?! Skąd...? Kiedy... Nie rozumiem skąd on tyle wie, jak nawet nie przebywam tyle w jego towarzystwie jak z Ukyo... Zacisnąłem powieki, mierzwiąc w palcach materiał spodni, jednak po chwili spojrzałem jakby wystraszony na Katsuyoshiego.

- Ale... Nie mów nikomu, dobra? - zamrugałem kilka razy - Nie możesz... Ja... nie mogę. Bo wszystko zniszczę...
- Milczenie jest złotem, a że uwielbiam złoto, możesz być spokojny... - uśmiechnął się tak przyjacielsko i położył dłoń na mojej głowie - Rozumiem, że nie chcesz porywać się na ryzyko... Ale szkoda mi tego, jak dezorientacja i niepewność cię niszczą...
- Heh... - westchnąłem, wbijając wzrok w swoje palce - Po prostu nie chcę niczego zniszczyć... Może kiedyś, ale na razie nie...
- W takim razie czekaj na tę chwilę, odpowiednią, a potem postaw wszystko na jedną kartę. W końcu życie masz jedno, jedną decyzję, a lat ci nie ubywa. Ludzie się zmieniają, więc jeśli chcesz zjednać z kimś tory, powinieneś się na to odważyć... Kiedyś... - podniósł się, poprawiając kosmyki - Ale jak na razie życzę powodzenia... I będę milczał. - pokazał gestem zamek na wargach, domykając je i puszczając oczko, odszedł ode mnie.

No i po wszystkim... Tak się bałem, że wie, a teraz wydaje się to tak, jakby... Ta tajemnica nie była czymś większym. Nie wiem jak to zauważył, bo przecież nikt inny raczej się nie zorientował, a staram się to ukryć... Ale... Czy mi właśnie ulżyło? Czuję się lepiej, że ktoś wie... Że mogę komuś powiedzieć?
Co nie zmienia faktu że to ogromny wstyd i nadal czuję nudności w ściśniętym żołądku oraz słyszę bicie swojego serca... Słysząc smsa, wyciągnąłem komórkę i z nadzieją, że to on zerknąłem na wyświetlacz.

Akane.

Westchnąłem z anielskim uśmiechem na ustach i podniosłem tyłek z rozgrzanej trawy. Obiecałem pójść z nią do miasta bo wczoraj nie znaleźliśmy tego co chciała... Mieli z nami iść wszyscy, a okazuje się, że pójdziemy sami... Hmm.. Yasuro.. Siedzisz w domu, a ja nie mogę się doczekać, aż wrócę...
Już szesnasta, a spotkamy się pewnie wieczorem.

9 komentarzy:

  1. To witaj na blogspocie. :D Na Onecie żyć się nie da. Jaja sobie z ludzi robią i tyle. Jak pisałam Akemi, tylko tracą klientów przez takie coś.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety nie wiem, jak zmienić datę urodzin. Szukałam trochę w necie i podobno nie ma takiej opcji. Także niestety nie wiem co zrobić.
    Niecierpliwie czekam na kontynuację opowiadania. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie dziwię ci się, że przeniosłaś bloga. Na onecie ciągle jakieś błędy wchodze na blogi a tam cos w stylu "lista postów jest pusta" albo "blog o podanym adresie nie istnieje" wtf

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a dodatkowo oczywiście nie można zamieścić notki, bo się restartuje, ani komentarza dodać, masakra jakaś. moja cierpliwość się skończyła. no nic, biorę się za pisanie.

      Usuń
  4. Dlaczego nie przeczytałam... niee, przeczytałam, ale komentarz się nie dodał. O_O A przecież pod ta notka na onecie są inne moje wiadomości, ale ta do opisu rozdziału - nie. Słodko.

    Ech, Katsu to mądra bestia. xD Wszystko widzi, ale nie zauważa uczucia Ukyo. Swoją drogą, ciekawe, co u niego. Zawsze tak jest - u kogoś widzi się coś jako pierwszym, ale u siebie... xD

    Ach, mogę słuchać tej piosenki godzinami, a zwłaszcza fragment od 1:48 xD

    OdpowiedzUsuń
  5. YeaH! Czuję się dumna, że dotarłam aż do pierwszych komentarzy xD
    Co do piosenki wyżej to mnie jakoś nie poruszyła, taka zwykła, taka za bardzo angielska ze zbyt dobrym akcentem (tylko nie bij, ale ja naprawdę przyzwyczaiłam się do beznadziejnego akcentu Ruksona, jego wykonanie piosenek ze wstawkami po angielsku za każdym razem mnie zaskakuje, bo słyszę ciągle coś innego, początkowo jak słuchałam Agony to ja dałabym sobie rękę uciąć, że on po japońsku nawija, jakie było moje zdziwienie gdy tekst okazał się być po angielsku ;P)

    No a rozdział bardzo fajny, ale to jak ta miłość Taisho go dobija już za fajne nie jest. Strach strachem, ale niech się odważy na jakiś krok w stronę Yasu, choć coś niewielkiego *prosi* ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh justus, ma dokładnie tak samo. Ansua
      ~ksuirui

      Usuń
    2. no ! w końcu gadasz o Taisho i Yasu a nie o Eizo

      Usuń
  6. Akcencik Ruksa jest uroczy {{ czytaj: KAWAII!}} "I will walk together" W Agony to za pierwszym zrozumiałam tylko frag. refrenu, jednak nawet w tej nowej płycie -Beautyful Deformity, można zauważyć, że jego wokal nieustannie się rozwija :-) Wokalista One ok Rock -Taka jest synem rodziców - piosenkarzy tak/więc ma wręcz idealny wokal/i/angielski, podziwiam go i resztę zespołu, ale wolę the GazettE, oni sąniepowtarzalni, w swoich utworach wykozją sie kreatwnością i miłością do tego co robią \(=^.^=)/ Bosko, znowu się rozmarzyłam, jak znowu będą mieli koncertech w Niemczech to ja jadę, a nawet lecę na łeb na szyję (>.<)" Aishiteru yo, cudny rozdzialik..
    ~~NΔMELE$$ LIBERTY~~

    OdpowiedzUsuń