03.08.2014

Rozdział 2

TABLO x TAEYANG - 눈,코,입


 ヽ´∇` ノ 



Złapałem chłopaka za barki i odepchnąłem go od siebie tak, że z trudem utrzymał równowagę, gdy złapał za jakąś skrzynkę elektroniczną. Warknąłem pod nosem, widząc stan swoich zarzyganych butów. No zajebiście, nie mógł wycelować czterdzieści stopni na prawo?!
Zacisnąłem wargi, jednak po chwili zorientowałem się, że chłopak zatacza się przy ścianie i nie ogarnia co się z nim dzieje. Westchnąwszy donośnie, podszedłem do niego i podniosłem jego rękę.

- Ktoś na ciebie czeka czy coś?
- Kto? Mama i tata... - zaśmiał się, a następnie złapał za buzię.
- Dobra, nie gadaj nic, bo znowu mi się na coś zrzygasz. - mruknąłem z obrzydzeniem, po czym pociągnąłem go w stronę ulicy - Wsadzę cię w taksówkę i na więcej nie licz. Jak można się tak zachlać?! Boże.
- Mam urodziiiiiiiiny! - wymamrotał, opierając się chyba całym ciężarem na moim ręku. 
- Ta, na każde urodziny trzeba się schlać, aby tarzać się po chodniku i robić sobie siarę. Zresztą, nieważne.

I tak nie ma sensu gadanie z nim. Zachlał się, będzie rzygał pół weekendu, jego sprawa. Ale buty mógłby mi doczyścić. Pięknie mi załatwił wieczór, nie zaprzeczę. Ohydne no... Pokręciłem głową, widząc, że jakiś samochód stoi na zatoczce. Idealnie. Podszedłem bliżej i wrzuciłem tam nastolatka, zatrzaskując drzwi. Poszedłem do przednich i uchyliłem je, patrząc na kierowcę.

- Proszę go wypytać gdzie mieszka, ja nie mam pojęcia, pierwszy raz z nim gadam. Do widzenia. - cofnąłem się, mając zamiar wrócić po swój plecak, zanim ktoś mi go wspaniałomyślnie zwinie.



 ヽ´∇` ノ 


Nie pamiętam co robiłem, jak przyszedłem do domu, ale widok tych super czystych butów od samego rana napełnił mnie obrzydzeniem. Może nie tyle obraz samych wymiocin, co okoliczności ich wyrzucenia z siebie. Na jego miejscu wstydziłbym się i przepraszał osobę, której bym to zrobił. Ma szczęście, że z natury nie jestem mściwy. Chyba, że ktoś mi zajdzie za skórę. 

- Gaaad, za co mnie takie rzeczy spotykają?! - stęknąłem, łapiąc się za kosmyki, po czym związałem je w małą kitkę i poszedłem do łazienki.

Napełniłem miskę wodą, zgarnąłem szmatkę oraz płyn, a także suchy ręcznik papierowy, po czym wróciłem do przedpokoju. Rozłożyłem gazetę na ziemi, by woda podczas pucowania obuwia nie ciekła mi po podłodze. Włączyłem sobie radio i usiadłem po turecku, wzdychając kolejny raz tej soboty. Miałem plan trochę się pouczyć, ale jednak mi się nie chce. Co będzie to będzie, nie jestem w stanie zakuwać, to nie dla mnie. Wystarczy mi, że pracuję.

Spojrzałem na buty, po czym zaciskając wargi i wstrzymując oddech, rozpocząłem obmywanie ich ze strasznej mazi. Kiedyś zatrudnię sobie jakąś sprzątaczkę do wypadków awaryjnych, bo za dużo ich w moim życiu. Hahaha, tak, to było by niezłe. ' Bry, tak, znowu coś dziwnego stało się w mieszkaniu, proszę przyjechać jak najszybciej! '. Ale serio, nie mam zielonego pojęcia jak w miejscu publicznym można odwalać tak jak ten blondyn. No cóż, jego życie, jego sprawa. I tak ma pewnie tyle kasy, że wszystko wokół mu wisi. Coś się nie spodoba? A daj łapówkę, będzie lepiej. 

Taa... Po kilkunastu minutach podniosłem się do pozycji pionowej, by posprzątać po sobie, a następnie legnąć się na kanapie i odpocząć. Nie wiem dlaczego, ale nie ważne o której przyszedłbym do mieszkania, budzę się najpóźniej o ósmej i choćbym bardzo chciał, nie potrafię zasnąć. Może to całoletnie przyzwyczajenie? I nie da się go zmienić w rok czy dwa? Nie mam pojęcia, idę spać. 



 ヽ´∇` ノ 


Weekend zleciał mi bardzo szybko, a to wszystko przez dodatkowe godziny w pracy, które miałem szansę złapać. Zawsze to trochę więcej pieniędzy na różne cosiki. Wszedłem do szkoły ubrany w czysty mundurek, bo bądź co bądź nie wyobrażam sobie chodzenia w brudnych ciuchach i skierowałem się pod klasę. Normalka, że byłem na czas, jeśli lekcje odbywały się z rana. Później bywało różnie, najczęściej po prostu mi się nie chciało i miałem gdzieś. Zerknąłem na bok, poprawiając niechlujnie przerzuconą szelkę przez ramię, dostrzegając blondyna idącego w towarzystwie swoich znajomych. Poprawiłem palcami okulary, obserwując go uważnie. Wypadałoby mi podziękować, prawda? Oh, no tak, przecież on pewnie nie może. To chociaż jakiś uśmiech albo coś?

Uniosłem brew, kiedy nasze spojrzenia się spotkały, a jego po chwili uciekło na moje buty. Następnie zadarł głowę nieco wyżej oraz spojrzał przed siebie mając mnie głęboko w poważaniu. Oh, tak gramy? Niby nic nie pamięta, a na butki to się spojrzało. Zaśmiałem się pod nosem i pokiwałem głową, wchodząc przed czasem do klasy. Nie chce mi się mieszać w ten cały syf. 

Kiedy dzwonek oznajmił po dwunastej długą przerwę, postanowiłem wyjść na chwilę na zewnątrz. Nie miałem zamiaru dusić się od ludzkiego tłoku, więc wciskając słuchawki do uszu, otworzyłem drzwi. Oparłem się plecami o ścianę budynku parę metrów dalej od jej wejścia, przy czym domknąłem powieki. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego niektóre osoby potrzebują przyjaciół, aby móc funkcjonować. Mi w swoim własnym towarzystwie jest naprawdę bardzo dobrze i nie skrywam jakiegoś bólu samotności. Po prostu... nie czuję potrzeby zawierania przyjaźni. Jest okej, nie muszę się nikomu wygadywać, ani prosić o rady. Jestem na tyle dorosły, że potrafię wszystkiemu zaradzić samodzielnie. Czuję się nareszcie wolny...

Ocknąłem się dopiero, gdy ktoś popukał moje ramię. Automatycznie wyciągnąłem z ucha słuchawkę i zamrugałem, skupiając się na przybyszu. Naruto? Nic nie mówiąc wysunął dłoń, w której pomiędzy dwoma palcami znajdował się banknot. Zmarszczyłem czoło, patrząc na niego jak na ostatniego idiotę.

- Co to jest? - mruknąłem obojętnie, widząc, że nawet nie wyciągnął drugiej ręki z kieszeni spodni. Ale wohoo, mamy sukces, panicz jest sam!
- Pieniądze, nie widzisz? - warknął, mierząc mnie swoim lazurowym spojrzeniem.
- Jakbyś nie zauważył, mam okulary na nosie, więc wzrok mam doskonały. Po co mi to dajesz?
- Powiedzmy, że to forma podziękowania. - pomachał mi kasą przed oczami, aż cmoknąłem na niego.
- Wystarczy mi zwykłe, magiczne słowo, wiesz?
- Nie znam takiego, tak samo jak ciebie. - zbliżył dłoń do kieszeni w mundurku znajdującej się na piersi, z zamiarem wsunięcia tam papierka.
- Weź to. - burknąłem, odtrącając jego dłoń. Wyprostowałem się, stając wyższy o pół głowy od nastolatka - To chyba nic wielkiego, co?
- Nie chcesz, to nie. Człowiek chce być miły, to spotyka chama.
- Chama? - uniosłem brew i przechyliłem na bok głowę - No proszę. To nie ja wybiegłem z klubu i narzygałem sobie na buty, śmiejąc się głupkowato jak dzieciak. 
- Mógłbyś sobie kupić nowe buty, ale widocznie nie możesz o mnie zapomnieć. - podniósł głos, zaciskając dłonie w pięści. Odwaliło mu, czy jak?
- Oj tak, dobra dziecinko. Chyba nie zmyłeś tego makijażu z policzków, to już nie Halloween. Poza tym kocie wąsiki u osiemnastolatka nie są zbytnio odpowiednie. - puściłem mu oczko, po czym wyminąłem go z obojętnością.

Czas wrócić na lekcje. Nałożyłem słuchawki, więc nie usłyszałem co tam odszczeknął. Ale aż się zaśmiałem do siebie, na wspomnienie jego odwagi. Oh taki bohater, że przyszedł sam, bez znajomków. Pewnie powinienem mu się ukłonić, wziąć kasę i wspomnieć o tym, jaki jest cudowny. Zadufany dzieciak. Nic tylko wozi się po tej szkole, robi z siebie jakąś elitkę, szasta kasą na lewo i prawo. A to ciekawe czemu, skoro mógłby być w najlepszych collage'ach. Mama nie dała inteligencji albo rączek? Nie dobra, nie moja sprawa, co się będę nim przejmował. 



 ヽ´∇` ノ 


Westchnąłem, osuwając się po ścianie na ławkę. Zajebiście. Zapomniałem o dzisiejszym zaliczeniu i zawaliłem, chociaż nie miałem takiego zamiaru. I teraz zamiast mieć spokojny weekend, będę musiał zakuwać, aby przynajmniej wyjść na jakiegoś mierniacza. Czyli nie wezmę nadgodzin. A chciałem dorobić do nowych szkieł, bo chyba wada mi się trochę powiększyła i nie widzę tak wyraźnie, jak miesiąc temu. 

Dobra, odbębnie jeszcze dwie godziny i zwijam się do domu. Kupię sobie coś w cukierni, mam jakoś dzisiaj ochotę na słodkie zamiast obiadu. Po drodze do klasy postanowiłem zahaczyć o łazienkę, aby umyć sobie dłonie, które gdzieś usyfiłem i całe się kleiły. Otworzyłem nogą drzwi, dostrzegając tego idiotę palącego jointa. Wywróciłem oczami, stając przy zlewie.

- Weź zgaś to gówno, bo nie można oddychać.
- Przeszkadzam ci w czymś? - zmierzył mnie wzrokiem, bezczelnie zaciągając się na moich oczach.
- Nie powiem już o regulaminie, bo mam go w dupie, ale śmierdzi w całym kiblu. - poza tym nie wiem dlaczego, ale nienawidzę kiedy ktoś jara to świństwo, żeby sobie humorek poprawić jakże beznadziejnym życiem, którym jest pływanie w kasie. 
- Odwal się.

Osiemnastolatek odwrócił głowę w kierunku okna, a że siedział na parapecie, opierał dłoń o kolano. Podszedłem do niego i wyrwałem skręta, wywalając go do kosza. Że też nigdy nie widziałem, by tutaj palił zioło. 

- Co ty zrobiłeś?! - wrzasnął, zeskakując natychmiast z murka - Pojebało cię?!
- Łuhuhu, ktoś tu już chyba fazę ma? - pomachałem dłońmi, robiąc z niego świra.
- Przesadziłeś. - rzucił się na mnie, gwałtownie i impulsywnie dociskając mnie do lustra, które wisiało na ścianie po drugiej stronie pomieszczenia. 
- Uspokój się, to tylko trawa! - czując ból spowodowany uderzeniem o szkło, złapałem go za ramiona i odepchnąłem od siebie, zaciskając palce w pięści.
- W takim razie oddaj mi kasę! Jakim prawem w ogóle to wywaliłeś! Twoje? Nie! To nie ruszaj!
- Powiedziałem, żebyś to zgasił? Powiedziałem. Ciesz się, że nikogo nie zawołam.
- A se wołaj i tak przegrasz. Śmieciu. - warknął, popychając co rusz mój bark.
- Uważaj sobie. - podniosłem ton, i bujnąłem nim z taką siłą, że prawie upadł. 
- Zajebię cię!

Nie wiem czy on już jest naćpany, czy po prostu niezrównoważony psychicznie, ale musiałem zrobić unik, aby nie dostać pięścią w twarz. Wściekłem się na tego idiotę, więc walnąłem mu porządnie w zęby, aby się ogarnął i nie wszczynał wojny. Co jak co, ale bić się umiem, a nie chcę mu zrobić krzywdy. W końcu ktoś na głodzie robi różne rzeczy... Z kolei nie dam się okładać i jak to się zaostrzy, to nie będę się powstrzymywał. Blondyn cofnął się oraz złapał za usta, przy czym syknął coś pod nosem. Warknął głośno i olewając sączącą się krew, ku mojemu zdziwieniu uderzył mój policzek i chciał mnie wywrócić ciężarem swojego ciała.

- Uspokój się idioto! - szurnąłem do niego, okręcając nas tak, by nie mógł mnie powalić na ziemię - Jesteś jakiś nienormalny, to tylko zioło, tylko!
- Zamknij się!

Chłopak rozpędził się z tak wielką nienawiścią, że rzucił mną o lustro. Zdążyłem przekręcić się na bok, by nie uszkodzić sobie kręgosłupa, gdy poczułem jak coś chrupnęło mi w ramieniu. Po chwili zorientowałem się, że nie było to moje ciało, tylko lustro, które pękło, przebijając mi skórę. Zagryzłem wargi, powstrzymując się od śmiertelnych rękoczynów. Momentalnie skóra zaczęła potwornie piec, a ja poczułem w ranie chłód zmieszany z gorącem.

- USPOKÓJ SIĘ, BO NIE RĘCZĘ ZA SIEBIE! - wydarłem się tak donośnie, że odsunął się ode mnie jak potulny kociak i zamrugał zaskoczony, przykrywając dłonią swoje usta. 
- Okej... przegiąłem, przepraszam. - podszedł blisko i wyciągnął ręce do przodu.
- Nie dotykaj! - burknąłem, odsuwając się - Chcesz mnie dobić czy jak? - westchnąłem, powstrzymując się od krzywienia z bólu. 
- Wezwę karetkę...
- Pogięło cię? - odetchnąłem, idąc po papier, który przyłożyłem do ramienia - Sam trafię do szpitala.
- Odprowadzę cię... - zaproponował jakoś tak ciszej, a po jego twarzy dało się wywnioskować, że nieźle się wystraszył.
- Lepiej posprzątaj lustro i módl się, żeby nikt na nas nie nakablował. Ja za to wszystko nie będę płacił. Nara.

Trzasnąłem drzwiami i uważając, by nikt mnie teraz nie zobaczył, wymknąłem się ze szkoły. Pojedynczy uczniowie patrzyli się na mnie podejrzliwie, ale na szczęście nie było w pobliżu żadnego nauczyciela. Syknąłem, kiedy za mocno nacisnąłem na skórę. Pewnie mam tam mnóstwo szkła, ale czuję wszystkie palce, więc nie jest źle... Drętwieje mi tylko okolica kontuzji. Eh. Chciałem dobrze, tak? Naprawdę nie cierpię, gdy ktoś jara... Równie dobrze mógł wylecieć z tego okna, bo idiota nawet go nie zamknął. Nie znokautowałem go, a on mnie tak bezdusznie na lustro. No i dobra, od dzisiaj wkraczam na ścieżkę wojenną, jestem wściekły. Tydzień wyjęty z pracy, szef mnie kiedyś wywali z roboty! A tego debila to raczej nie będzie obchodziło. Żyć nie umierać! Szlag, jak to boli...



 ヽ´∇` ノ 


6 komentarzy:

  1. Droga YaoixGrelko,
    informuję Cię, że zostałaś u mnie umieszczona w linkach na blogu. Jest tam link do boga wraz z krótkim opisem. Jeśli coś Ci nie pasuje, napisz na blogu bądź na gadu: 28580970.
    http://wizje-rudej.blogspot.com/p/spam.html

    PS. Wybacz, iż z anonima, ale nie wchodzą mi żadne blogi kiedy komentuję z konta bądź nie dodaje się komentarz

    A co do notki to zajedwabista i czekam na więcej. Kochan SasuNaru. <3
    ~ Ruda

    OdpowiedzUsuń
  2. Oho... Powiem ci szczerze, ze nie spodziewałam sie takiego Naruto, ale czuje, ze jeszcze wielu rzeczy sie o nim dowiemy. Lubię w opowiadaniach, kiedy dwie glowne postacie sie nienawidzą, a potem... :) czekam na wiecej. Powodzenia w pisaniu :) ~M

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda mi Sasuke, ale Naruto też. Często w opowiadaniach blondyn jest albo bogaty, rozpieszczony i bucowaty, albo taki, jak tu Sasuke - z jednym wyjątkiem, tam Naruto nie jest taki odważny - i na odwrót. Z brunetem ta sama sytuacja.
    Cieszę się, że choć te opowiadanie trochę przypomina inne, które często ludzie piszą< np. Moje, chyba> to i tak ma coś w sobie innego. Taką cześć ciebie, która zmienia je.
    Pozdrawiam i życzę weny :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak właściwie to nie czytam żadnych opowiadań od 4 lat, więc jeśli jest podobne do czyjegoś to nieświadomie. cieszę się w takim razie, że widać w nim coś mojego c:
      dziękuję~.

      Usuń
  4. To opowiadanie jest cudne!
    Kocham SasuNaru i u mnie też się od tego zaczęło ;)
    Ech... ogromny sentyment do tej parki ♡♥♡
    Piszesz świetnie, a i fabuła jest rozbudowana i ciekawa.
    ♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥
    Podoba mi się relacja między chłopakami :3
    Życzę Ci weny i czasu na pisanie ^q^
    ~Psychedelic smiles

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    świetne, choć mam wrażenie, że mimo iż Naruto jest bogaty to i on ma jakieś problemy, oby obeszło się bez echa o tej ich bójce....
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń