09.06.2012

Rozdział 68

Po piętnastu minutach bezsensownego wgapiania się w rurę, która koło mojej nogi wsiąkała w podłogę, stwierdziłem, że mogli już zainwestować w automatyczne ogrzewanie... No ale cóż. To tylko szkoła, a do tego jest ciepło na dworzu. Fakt, jedna z najlepszych albo raczej - najlepsza, najbardziej wypasiona, ale takich kosztów to już nie poniesie, szok!

- Psst, Taisho! - dostałem w plecy jakąś gumką do ścierania, dlatego skrzywiony westchnąłem chrapliwie.
- No co mnie rzucasz.
- Kiedy powiesz Eizo, że zagrasz?
- Nie szczerz się tak, bo ci zęby powypadają. Powaga Yasu, powaga! To klucz do sukcesu. - poderwałem wysoko prawą, widoczną brew, przez co aniołek parsknął niepohamowanym śmiechem.
- Taa... Jasne.
- Panowie, czy ja wam w czymś przeszkadzam? - białowłosy wskazał na nas kredą, zgorszony ciągłymi szmerami.
- Przepraszamy...
- Taisho, może podejdziesz do mapy i wskażesz nam to, o czym była mowa?
- Nie, lepiej nie... - znowu się na mnie uwziął?!
- Zawijaj się do tablicy i to już. - uśmiechnął się obszernie, na co większość klasy cicho się zaśmiała, obserwując mnie mimo wszystkiego w skupieniu.
- Niee... - załamany szedłem do wielkiej płachty, która przysłaniała tablice z państwami po lewej stronie pomieszczenia, bardzo małymi kroczkami - Ha! Tutaj.
- Doo... brze. Udało ci się. Dobra, możecie się pakować, pan Taisho uratował was od pracy domowej, ale i tak na następnej lekcji zrobię wam niezapowiedzianą kartkówkę. 

Poczucie humoru energicznego nauczyciela udzielało się wszystkim, toteż nawet ze świadomością rycia na blachę ogromu materiału, na młodzieńczych twarzach malował się chichot. Kiedy doszedłem do plecaka, zastał mnie dzwonek, a Higoshi już tupał stopami, trując przy uchu o koncercie. Jak taki malutki dzieciaczek. 
Przewróciłem gałkami ocznymi i wrzuciłem do wielkiej kieszeni swoisty piórnik, dzięki któremu każdy w tym budynku mógł mnie rozpoznać. Tak, tak. Zielona żabka, a raczej jej głowa z uszami misia, ale również trawiastymi, codziennie czekała, aż wrzucę do jej wnętrza rozmaite przybory.

- Masz szczęście, że przypomniało mi się o czym mówił.
- Słucha się uchem, a nie brzuchem. - zaśmiałem się z nim, ponieważ rozbawiła mnie jego mimika - No idź powiedz!
- Idę, idę... - burknąłem niezrozumiale, czując jak czyjeś wścibskie łapki pchają moje plecy w stronę biurka z zawrotną prędkością. Mężczyzna zainteresowany moją zbliżającą się osobą, domknął aktówkę i odłożył na bok kawowy kubek - Proszę pana...
- Mów, mów! Skoro Yasuro cię popycha, musi być coś ważnego.
- Okej. Z przyjemnością - po negocjacjach i oślim uporze tego oto osobnika - pokazałem Yasu, który demonstrował palcami zwycięskie gesty - zagram na koncercie charytatywnym.
- Wiedziałem, że się zgodzisz, brawo Higoshi! - podbiegł do mnie i zgarnął mój kruchy kark ramieniem, tuląc do swojego barku moją mózgownicę.
- Czemu mówi pan do Yasu, a ściska mnie?!
- O, Taisho! Kiedyś coś mi się obiło o uszy, z chęcią cię wysłucham. - brunetka machając na pożegnanie, wyszła z klasy.
- Grasz na gitarce? Pewnie super, przyjdę.
- Nie wiedziałeś, że gra? Przecież pomaga zespołowi na próbach. Śpisz, czy co? - jeden nastolatek puknął łokciem drugiego, a ja poczułem, jak dłoń Eizo zsuwa się na mój bark, zostawiając w spokoju wrażliwą szyję.
- Na pewno przyjdziemy. Masz dać z siebie wszystko, bo na łamagę patrzeć nie będę. - szarowłosy zebrał chłopaków do kupy i skierował na korytarz. 
- Dzięki Moresuke, ty to zawsze. - pokiwałem głową i zerknąłem nieco na skos.
- No Taisho, zastanawiałam się, kiedy się przełamiesz. Yaaay!!! Już nie mogę się doczekać! - jak mała dziewczynka skoczyła wzwyż, przytulając się do mojej klatki piersiowej, oplatając ją drobnymi rączkami.
- Połamania nóg, bo ręce ci się przydadzą. - Yumi odciągnęła ode mnie granatowowłosą, posyłając łagodny promyk otuchy.
- Dzięki dziewczyny... - pogłaskałem jedną po głowie - Rika.

Gdy opuszczały jasne, nasłonecznione pomieszczenie coś przeskoczyło mi w żebrach i wymusiło szczery, okrągły uśmiech, ale na tyle zrównoważony, żeby zęby zostały wewnątrz ust.

Oni... Co za głupki, tak mówić przed występem, no, pogięło ich. I niby im zależy? Nie wierzę... niby każdy sobie, ale w sumie okazuje się, że mam normalną, nawet zdobędę się na stwierdzenie - fajną klasę. Chyba za długo zachowywałem się jak odizolowany snob, trzeba to zmienić i zapoznać się z otoczeniem na nowo. Nie od razu, ale stopniowo. No bo... Mówię do Eizo, a oni dodają mi otuchy. To lepsze niż jakieś tam prezenty, nagrody... Tego nie da się kupić, heh. I pomyśleć... No właśnie, co ja mam teraz myśleć? Dziś taki piękny dzień, po lekcjach z Akane do miasta, aniołek niestety ma trening... Ale po tym wyznaniu trochę mi lżej, przynajmniej go nie okłamuję. Niepokoi mnie tylko jedno.

Z dnia na dzień coraz bardziej uświadamiam sobie, że zakochuję się w nim po same uszy, ale bez walki, przyzwyczajam się do tego, że uczucie zachowam dla siebie, bojąc się go wyznać. Może tak będzie łatwiej? Może tak właśnie trzeba, bo gdzieś indziej ktoś na mnie czeka? Jak to mówią... Nigdy nie poznasz kogoś do samego końca, ponieważ nosi on w sobie cząstkę zła, która kiełkuje w momencie, w którym nie powinna.


***

Death Note - Modern Myth (30 STM)




Po kilkugodzinnych torturach, większość uczniów mogła rozejść się do domów, jedynie pechowcy zostawali na popołudnie. Na niebie słońce ślamazarnie przelewało zza chmur swoje smukłe promyki, które oświetlały glob. 

Ukyo skończył lekcje o tej samej godzinie co Katsuyoshi, dlatego ze zniecierpliwieniem skubał materiał szelki, mrucząc coś do siebie. W końcu zerwał się z miejsca jak oparzony, zarzucając plecak na dwa ramiona. Jego super elegancki łańcuszek prawie się zerwał przy tak krzepkim i niespodziewanym machnięciu.

- Co ci się stało?! - złapał za kończynę przyjaciela, nie przyjmując do wiadomości faktu, że coś nieidealnego mogło mieć miejsce.
- Ergh, szkoda o tym rozmawiać i marnować cenny czas. Ludzkie społeczeństwo coraz bardziej przypomina zwierzęta. Ba! Wygłodniałe bestie. - szkolny książę pociągnął towarzysza za szkolne mury, pozwalając sobie na ziewnięcie, które kulturalnie zatuszował.
- Biłeś się?
- Nie...
- Nie mów, że coś przebiło klub. Serio, nie uwierzę. 
- Nie taki diabeł straszny jak się wydaje. - Katsu uśmiechnął się półgębkiem, poprawiając zapięcie elastycznego bandaża.
- Ale co się stało? - niższy z dwójki zakręcił rogala przed skrzyżowaniem skomplikowanie wijących się ulic.
- Pofarbowałeś włosy... A raczej grzywkę. - srebrne tęczówki wbiły smoliste w ziemię, a ich właściciel popatrzył na ciekawe drzewko.
- Pofarbowałem... - wybrnął z sytuacji, kłapiąc jak zawsze jadaczką nawet bez większego tematu - Ale jak widzisz wyrównałem naturalny kolor, bo złoty mi się znudził. O dziwo nie widać plam różniących się czerni, jestem zadowolony.
- Teraz wygląda to bardziej naturalnie, a twoja twarz wydaje się weselsza. - przez chwilę słyszalne było słabe stukanie podeszew. Młodszego najzwyczajniej - zatkało.
- Yhym... Ale powiedz mi lepiej co się stało.
- Weź... Wczoraj siedziałem w samochodzie na stacji benzynowej, słuchałem muzyki czekając, aż ojciec zapłaci za paliwo i nagle ktoś otworzył drzwi od wozu i zaczął coś bełkotać, że mam wyjść czy coś w podobnym guście. W rezultacie złapałem za klamkę z zamiarem ponownego zamknięcia się w środku pojazdu, ale jak się dowiedziałem mój prześladowca miał inne plany, ponieważ zablokował ciałem przednie zamki. W tym momencie coś zaczęło być nie tak, więc szybko odpiąłem pasy i chciałem wstać. Właściwie...
- No co, co? - ponaglił go brunet, gdy w ciągu pięciu sekund nie otrzymał odpowiedzi.
- Usłyszałem, że z długimi włosami wyglądam jak pedał i nie powinienem się szlajać tak po mieście. Już się podnosiłem, aby powiedzieć mu co o tym sądzę, ale nagle wyciągnął właśnie... Nóż? Scyzoryk? Nie mam pojęcia. W każdym bądź razie chcąc go od siebie odepchnąć, zostałem zraniony właśnie tu. - osiemnastolatek przejechał palcami po białym, pulchnym włóknie - Zdążyłem go uderzyć na tyle, aby krew chlusnęła na całe szczęście za samochód. Pospiesznie wyskoczyłem z siedzenia i rozgoryczony podniosłem owego ktosia na wysokość torsu no i... Rozwiązałem problem. Mogłem być bardziej ostrożny, to bym pewnie nie miał zranionej ręki.

Tęczówki Igichiego z każdym szokującym słowem mocniej wbijały się w trzecioklasistę, a wargi uginały się to w górę, to w dół. Brunet pociągnął długowłosego na murek, znajdujący się w sporej odległości od głównego ruchu pieszych. Pod cieniem liściastego drzewa Hanari podniósł wzrok, lustrując zaciśnięte usta.

- Pokaż.
- Ukyo, jak, tutaj? To jest tylko małe zadrapanie...
- Pokaż. - wywinął wargę, uzyskując efekt uroczego szkraba, przez co białowłosy został zmuszony do wykonania nieuczciwego polecenia.
- Już rozwiązuję, już... - gitarzysta z cichym zachwytem, ale podziwem zarezerwowanym dla szkolnego bożyszcza przyglądał się, jak idealne palce milimetr po milimetrze obsuwają materiał ze skóry, wydając przy tym miły odgłos. Przymknięte powieki, a także cień chaotycznie padający na ciało nastolatka dodawały mu nieskazitelnego, wrodzonego uroku. 
- Małe zadrapanie?! Ciebie chyba pogięło Katsu! To może ja też amputuję sobie nogę i powiem, że to tylko zadrapanie, co?
- Co cię ugryzło?
- Nic, po prostu będziesz miał ślad... - pokręcił czaszką - Co to w ogóle za idiota chodzi po stacjach z nożem i ciacha ludzi. Pojebany jakiś. Przecież przez niego będziesz miał szramę.
- Nie szramę, tylko wąską bliznę, która w rezultacie może się zagoić tak, że nie będzie widoczna. Jestem dobrej myśli.
- Mam nadzieję... - powiedział półgłosem, co nie uszło uwadze uważnego słuchacza - Biłeś się, a ojciec nic? - padło pytanie, gdy Ukyś dostrzegł poobcierane kostki i niewielkie siniaki na nadgarstku.
- Nie. I całe szczęście.
- Jakie całe szczęście!
- Wiesz Ukyo, należę do takiej rodziny, w której każdy musi być idealny, aby chować się w cieniu.
- Co...? - łagodny, ledwie wydobyty głos rozprzestrzenił się w powietrzu jak piorun w czasie burzy. W chłopaku aż coś zadrżało. 
- Nie, nie przejmuj się tym, każdy rodzic ma jakieś wymagania...
- Poczekaj. Wymagają od ciebie, abyś się dobrze uczył?
- Nie. - szarooki zaśmiał się krótko - Uczę się dla siebie, przez co nieświadomie załatwiłem sobie spokój, o jaki moja siostra musiała niestety walczyć. Życie nie jest kolorowe.
- Nie rozumiem. - poziome kreski zwęziły się, pragnąć zwołać jak najwięcej przydatnych myśli do skroni.
- W mojej rodzinie... Moi rodzice pracują w firmach, które mają wpływy na skalę wielu państw, dlatego nie mają zbytnio czasu, aby wychowywać nas jak normalna rodzina. Od zawsze przejawiałem chęci do samotnego trybu życia, jednak moja młodsza siostra należała do tych bardziej aktywnych i nie mogła zrozumieć, że w większości jesteśmy zdani na siebie. Nie czując kontroli, nie przywiązywała zbytnio uwagi do nauki, aż pewnego pięknego razu rozpoczęła wojnę z rodzicami, którzy dowiadując się o słabych stopniach zrobili jej drakę. Oczywiście byłem uważany za ich pupilka, ponieważ przykładnie dobrze się uczyłem, nie sprawiałem żadnych kłopotów. Jak dla mnie moja siostra miała lepiej, bo przynajmniej zwracali na nią uwagę, kontrolowali ją. Mi - ufając, oddali życie do własnej dyspozycji, nie ingerowali w nie. - wyczekująco szukał na twarzy przyjaciela jakiejś reakcji.
- Nie rozumiem... Co to ma do tego, że twój ojciec nie zwrócił uwagi na twoją ranę?
- Nic nie mówił, ponieważ jej nie widział. Schowałem rękę za własną nogę, tamując jakoś krwotok.
- I tak jechałeś całą drogę?! Przecież to jakieś chore. Co tam brudna tapicerka.
- Ukyo. - Hanari zaczął zawijać bandaż wokół swojej ręki - Wolę żyć sobie sam i nie zwalać na ich głowę kłopotów, ponieważ mają ich za dużo, a od małej rany nikt jeszcze nie umarł. - Igichi domknął otwartą buzię i nieco smętnie popatrzył na chodnik.
- Czyli po prostu usuwasz się w cień, aby nikomu nie sprawiać problemu. Dopóki dobrze się uczysz, rodzice nie muszą się martwić kolejną sprawą. - białowłosy chciał coś wtrącić, ale siedemnastolatek wznowił monolog - A kiedy zdobywasz nagrody, twoi rodzice są zapraszani, są z tego dumni i mogą chwilę odetchnąć. - zacisnął palce na swoich łokciach.
- Można to tak ująć. - moment namysłu i twarz księcia przekształciła się w pogodną kulę - Fakt faktem, lubię się uczyć i robię to dla siebie. Lekarz musi być perfekcyjny w swoim fachu, gdyż porażka może bo zbyt wiele kosztować.
- Wiesz, że większość lekarzy jest samotna? - dedukcja niepozornego chłopaka coraz bardziej fascynowała Katsu. Kolejny pasek życia rysował się na bliskiej linii przyszłości, którą ze sobą dzielili.
- Mi nie przeszkadza samotność. - to chyba najgorsze słowa, jakie może wypowiedzieć człowiek.
- Rozmawiasz czasem z rodzicami, czy w ogóle, nic? - uśmiech bruneta wydawał się być dziwnie przygnębiony, jakby współczujący, sam nie mający lepiej.
- Czasem się zdarzy, ale jednak firma wymaga poświęcenia. - zaśmiał się skromnie - Gdyby mi to przeszkadzało, zachowywałbym się tak jak moja siostra.
- No ta... - iskierka radości wskoczyła do ciała Ukysia, a ten ocknął się ze stanu połowicznych wspomnień. Zeskoczył na beton i machnął dyńką, by kosmyki ułożyły się w ulubionym nieładzie - To na pewno spore obciążenie, tak dbać o cały dom.
- Nie do końca, ponieważ w moim domu... - wzruszył ramionami, biorąc wdech i wznowił chód - A raczej domu przypominającego kilkupiętrową willę, porządek i tym podobne obowiązki sprawuje służba.
- Łał... - czarnooki ujrzał zakręt, przy którym zaraz się rozstaną, a nie miał na to najmniejszej ochoty. Nie wierzył, że ktoś taki mógł o sobie opowiadać... Od tak. Jemu. Zaraz jednak pojawiła się myśl 'Przecież jest moim przyjacielem, nie powinienem się tak cieszyć, to normalne.' - Zero rodziny. - szepnął. 
- Mówiłem, samotność mi nie przeszkadza, a poza tym jest bardzo miła i strasznie uspokaja. - powściągliwy uśmiech poleciał w kierunku niższej osóbki.
- Chciałbym, żebyś miał rację. - Igichi gwałtowanie skręcił w odpowiednią ulicę, zostawiając Katsuyoshiego po drugiej stronie krawężnika.

Białowłosy zdumiony bardziej niż zwykle, rozłączył wargi, które poprzednio stanowiły jedność, ale swoje brzmienie zachował w krtani, gdyż zawsze mówił tylko przemyślane rzeczy. Obserwował szczupłą, chudszą od siebie postać, która z opuszczoną głową i dłońmi zaczepionymi na szelkach plecaka, maszerowała poprzez ludzki ścisk.

Człowiek zmienia się w dziwnych momentach, kiedy wydaje się, że przecież do końca życia będzie taki sam.


2 komentarze:

  1. Ostatnie zdanie znowu dodaję do ulubionych cytatów
    Ciekawa piosenka,podoba mi się ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. To smutne, niby wszystko ma i w ogóle a tak naprawdę jest strasznie samotny :(

    Suzi

    OdpowiedzUsuń