09.06.2012

Rozdział 73

Jest sobota. Słoneczko sobie świeci, ptaszki cudnie śpiewają, kołderka mnie grzeje, ale cholerny telefon wkurwia do granic możliwości.

- Słucham! - niemiło przywitałem natarczywego złośliwca - Kaoru?! - zerwałem się na równe nogi słysząc rozbawiony głos - No nie, to już jest przegięcie. Skąd ty masz mój numer? - zabiję go... Zamorduję! Po co dał mu mój numer?! - Czy wiesz może przypadkiem, która jest godzina? O tej porze normalni ludzie śpią. Ta... Yhym... Co? Jakie spotkanie? - podchodząc do lustra, palcami podkręcałem zawinięte kosmyki - Że niby za godzinę? Gdzie?! Kaoru, co ty planujesz... - nie mając w pobliżu nikogo innego niż swoje odbicie, zacząłem ciskać w nie złowrogim, burzliwym spojrzeniem - Yasuro? Coo? Zaraz? Matko boska... No oke.

Spanikowany rzuciłem komórkę na łóżko i wybiegłem z pokoju, wcześniej wybierając coś stosownego na wyjście. 
Oboje oszaleli! Powinienem ich pozabijać, stawiając przy ścianie. Czy nie można mi zadać pytania 'Taisho, idziesz z nami do miasta?' lub 'Chodź, wyjdziemy gdzieś, jeśli masz ochotę.'? Oczywiście, że nie, bo po co. Wcale bym się nie zdziwił, jakbym otworzył oczy, a tu remontowaliby mój pokój albo szperali w szafkach. Kaoru... Nie no, tego to ja się w życiu nie spodziewałem. Śpię sobie bezstresowo, a tutaj dzwoni mój horror. Mógłby sobie z Hiro podać dłonie, a może oni już od dawna spiskują przeciwko mnie? O niee...

Ledwie zdążyłem wyślizgnąć się z łazienkowych progów, a sygnał zmusił mnie do podejścia pod drzwi.

- Yasurooo.... - uśmiechnąłem się jak szaleniec, który wie, że jego ofiara nie ma najmniejszych szans na ucieczkę.
- Przepraszam, ale nie miałem wyjścia! - z uniesionymi rękoma przeskoczył obok lustra i stanął naprzeciwko salonu - O-on mnie zmusił!
- Uduszę cię! - ruszyłem w stronę aniołka, który natychmiast pobiegł za kanapę - Jak mój wspaniały, unikatowy, wyjątkowy numer mógł trafić w łapska Kaoru?!
- Ja...
- Czy ty wiesz na co mnie skazałeś? - na przemian biegaliśmy wokół sofy, która gdyby mogła, pewnie już dawno uciekłaby z tego pokręconego mieszkania.
- Nie miałem wyjściaaa! - zawył jak małe dziecko proszące z bezsilności o rozejm - On jest straszny! Nie miałem z nim szans!
- Taak? To może każdemu dajesz numer swojego chłopaka? - zatrzymałem się centralnie przed nim, opierając się o dzielący nas mebelek.
- Ale my nie jesteśmy ze sobą.
- Ano racja. - zapadła chwila milczenia, dzięki któremu każdy z nas mógł się nad czymś zastanowić - I co robimy?
- Nie wiem. - wzruszył ramionami mając nadzieję, że jakoś to odkręcę.
- Jak to się w ogóle stało?
- Zadzwonił do mnie z samego rana i powiedział, że zabiera nas na cały dzień, bo chce cię bliżej poznać, a pewnie mało mamy dla siebie czasu.
- W sumie ma rację. - mruknąłem pod nosem, aby tego nie usłyszał.
- Ciągle gadał, gadał, gadał i gadał, mieszał, kręcił, aż w końcu biedny się zgodziłem. Buu... - zrobił smutną minę odchodząc od kanapy.
- Eh, Yasu, kiedy nauczysz się asertywności? - idąc do kuchni, gdyż zrobiłem się głodny, czułem jak za mną podążał.
- Ale jak na takiego potwora dobrze mi szło. - swobodnie usiadł na krześle i załamany, do połowy wyłożył się na stole.
- Czyli czeka nas dzień udawania.
- Pewnie ta...
- Ale w sumie możemy zachowywać się jak zawsze. Jakoś nie czuję się zobowiązany do tego, aby cokolwiek mu udowadniać.
- Racja... W razie czego improwizuj, ale bez przegięcia, ok?
- Oke. Chcesz herbaty?
- Nie, dzięki. Wiesz, że chce nas zabrać do dzielnicy, w której od tygodnia trwają jakieś targi?
- Co za... - popatrzyliśmy na siebie i mimo wszystko roześmialiśmy - Palant. - skwitowaliśmy jednocześnie, kręcąc głowami.

Boże... Przecież ja już wiem, że nie zrobię tego na luzie. Jeśli do czegoś dojdzie, spalę się ze wstydu, bo prawie nie mogę się kontrolować. Ostatnie wydarzenia... W ogóle dziwnie wpłynęły na mój stosunek do niego. Niby chciałbym zrobić krok, ale boję się wszystkiego zepsuć. Może i Yasu rumieni się przy dwuznacznych gestach, ale niedawno mnie olśniło, że on od zawsze był taki delikatny i pewnie zareagowałby tak samo, gdyby była to inna osoba. Tak, Taisho podjarany początkowym odkryciem fascynacji aniołkiem myślał, że jego wszyściutkie reakcje są iem, że odwzajemnia on jego uczucia. Bardziej głupi być już chyba nie mogłem. Wierzyć w coś, czego nie ma, a możliwość na stworzenie tego jest znikoma. I co ja mam zrobić? Chciałbym coś rozpocząć, nie stać w miejscu, ale boję się, że obrócę naszą znajomość w ruiny, bo życie nie jest idealne, ani nie takie, jakbym chciał. Mogę mu pomagać, on może chcieć mojej pomocy, jakiejś bliskości, lecz to nie oznacza, że jest we mnie zakochany. Oj Taisho, mylisz te dwa uczucia. Co za beznadzieja. Co mam robić? Nie wiem. Kompletnie nic nie prowadzi do racjonalnego pomysłu. Skoro sam skazałem się na jednostronną miłość, muszę się do tego przyzwyczaić. To będzie próba, czy mogę zapanować nawet nad największymi emocjami. Nie jestem taki jak na początku, uspokoiłem się. 



***


The All American Reject - Dirty Little Secret



- Tasiu kochany! - mężczyzna na przemiłe dzień dobry zacisnął moje plecy w kamiennym uścisku - Przepraszam, że tak nagle, ale chciałem wam zrobić niespodziankę.
- Niespodziankę? - głos aniołka był dosyć niepewny.
- Z pewnością wasz związek rozwija się trudniej niż zwykły, dlatego jestem tu, aby wam pomóc.
- Nie żeby to nie był miły gest, ale nie zauważyłem, by między mną a Yasu pojawiło się coś trudnego.
- W takim razie potraktujcie ten dzień jako moje przeprosiny za przysporzone wam problemy.
- Więc o to chodzi. - Higoshi westchnął przeciągle i zaśmiał się krótko - Mówiłem ci, że jest już w porządku.
- Dobra Yasu, skoro Kaoru tak się pofatygował, nie narzekajmy jak dziadki, wydoimy z niego wszystko.
- Dzięki.

Bardzo wymowny uśmiech podziękowania dopełnił we mnie przebaczenie, którego udzieliłem brunetowi. Bądź co bądź nie jest taki tragiczny, ale co w nim najlepsze, chce dobrze, tylko nie za każdym razem mu to wychodzi, pomimo starszego wieku... Kolejny, doskonały dowód na to, jak kogoś można źle ocenić.

Wdałem się z nimi w długą dyskusję, która w każdym z nas obudziła sprzeczne emocje, przez co kolejno zirytowani podnosiliśmy głos, broniąc swoich racji. Udało mi się zakończyć spór narastającym śmiechem, kiedy powód ich kłótni stał się kabaretem. Nie uszło mojej uwadze to, że oboje zapatrzyli się na mnie zaskoczeni, a potem z ciepłymi uśmiechami. Moja radość poraża?
Doszliśmy do olbrzymiej staro zdobionej bramy, za którą kryło się wzgórze i wiele innych, dworskich, łąkowych zakamarków. Czarnooki promieniejąc dumą, nadmuchany jak gruby ponton pokazał na mnie palcem.

- Założę się, że pierwszy wbiegnę na górę.
- O nie, Kaoru, nie bądź dzieckiem.
- Odrzucasz zakład?
- Tak, bo jest idiotyczny. Wejdę na górę normalnym tempem. W końcu to park, który się zwiedza, a nie traktuje jak tor wyścigowy. - wzruszyłem ramionami, podając orzechowowłosemu butelkę z krystaliczną wodą.
- Taisho, jestem z ciebie dumny. - z twardą miną poklepał mnie po łopatkach, a biurowiec fuknął do siebie.

Weszliśmy na dróżkę, która przestała być wysypywana żwirem, więc przyjemnie miękko uginała się pod stopami. Kiedy zorientowałem się, że wyzywający wzrok Suichiego ma coś wspólnego z przyspieszonym stąpaniem, od razu dorównałem mu kroku. Tak po kawałeczku zwiększyliśmy tempo, aż w końcu przemieniło się ono w szybki marsz.

- Chłopaki, tylko nie to...
- O nie, nie dam mu wygrać! Po moim trupie!
- A niech będzie i po twoim...

Wepchnąłem w Yasurowe łapki zimny napój i pędem rzuciłem się do szalonego biegu, który obserwowało kilkanaście par ciekawskich i przerażonych oczu. Ten zakichany oszukista zaczął hamować mnie ręką, dlatego musiałem się bronić, a jednocześnie uważać na przeszkody w postaci korzeni lub ludzi. Co rusz któryś z nas wychodził na prowadzenie, a wtedy zostawał od razu zatrzymywany przez nieczyste zagrania drugiego. Wyginając się jak paralitycy równocześnie wbiegliśmy na sam szczyt, okropnie zziajani. Zginając się do połowy próbowaliśmy złapać oddech, podpierając się o drzewo.

- Już wiem po co są rozgrzewki, moje płuco! - wysapałem, mierzwiąc malcami lekko srebrną koszulę.
- Chłopie, moje biodro! Myślałem, że mi je wykopałeś.
- Bo mnie popychałeś oszukisto.
- Bo biegłeś nie po swoim torze. - uderzył pięścią o kruchą korę.
- A gdzie tu niby był jakiś tor?!
- Tam gdzie biegłeś!
- Jeden dla ciebie, drugi dla ciebie! - siedemnastolatek bez najmniejszej zadyszki dotarł na górę i zdzielił nam butelką po łbie, na co syknęliśmy, łapiąc się za obolałe miejsca - Idioci. Ludzie na was patrzą.

Rozejrzeliśmy się po sobie i wybuchnęliśmy śmiechem, ponieważ aniołek wyglądał jak nasza matka, która nie radzi sobie z dorosłymi końmi, wyższymi od niej samej. Może to niedobre, ale przynajmniej nie zalegam na kanapie. Nie moja wina, że przegrana z Kaoru w ogóle nie idzie w parze z moim charakterem. Zerknąłem na Yasu, rozważając pewną możliwość, która rażąco kusiła.

- Powiedz Yasu, kto wygrał?
- Nikt, bo oboje biegliście jakby wam ktoś ciała ze sobą posklejał.
- O nie! Za nic w świecie nie chciałbym być z tym czarnuchem. - mężczyzna machnął ręką, ponownie atakując nią drzewo, które stało na uboczu.
- Rasista się odezwał. - burknąłem, skręcając za nim w miejsce, gdzie nikogo nie było, ponieważ ścieżki należały do bardzo wąskich.
- Rasiści z was i idioci, tyle wam powiem.
- Ale dobrze się bawiłem. - posłałem aniołkowi łagodny uśmiech, ujmując w dłonie palce jego ciepłej dłoni. Popatrzył na mnie badawczo, ale bez żadnego zdenerwowania.
- To fajnie. - zacisnął łapkę na mojej, odwzajemniając optymizm. Poczułem, jakby grunt zarwał mi się pod nogami.
- Mam nadzieję, że jak wyjdziemy z tego parku, to nie zobaczę czegoś równie durnego jak ty?
- Dzięki za komplement. - Suichi wystawił mi język, a jego dłonie dziko szperały w torbie, którą miał przewieszoną przez ramię. Higoshi wraz z moimi tęczówkami wpatrywał się w mężczyznę, wyjątkowo cichego - Aha! - wyprostował się jak struna, włączając czarny aparat.
- O nie, nie ma mowy. Prawa autorskie. - odparowałem bez większego namysłu. 
- Kaoru, odłóż ten aparat. - aniołek zrobił nad oczami daszek z palców, aby się pod nim schować.
- Oj no dajcie spokój! Wyglądacie tak słodziusio, że nie mogę się powstrzymać.
- Jak dwóch, prawie dorosłych facetów może być słodkich? Wytłumacz mi to.
- Kiedy złapałeś Yasuro za rękę było widać, że on cię strasznie uspokaja, bo aż twój ton złagodniał, a Yasuro przejął twoją stonowaną radość. Takie słodkie papużki.
- Geez...

Zakryłem zarumienioną twarz pod dużą dłonią, a chłopak z lekko różowymi policzkami mimowolnie wyszczerzył się do aparatu, który uwiecznił komiczny obrazek na długi, czas.

Jestem spokojny? Nie, ja po prostu jestem sobą. Tylko przy nim.



***



Moje mięśnie powoli wysiadały, ponieważ nikt nie chciał im łaskawie dać odpoczynku, ale w zamian za to świetnie się bawiłem. Nie żebym pokochał Kaoru, ale jest takim typem osoby, z którą można się powygłupiać i nie czuję potrzeby pomocy. Po raz pierwszy spotkałem tak długo wyczekiwaną osobistość, której towarzystwo będzie czystą beztroską. Nie moja wina, że jak widzę Yasu, czy Akane, to czuję, że w pewnym stopniu muszę im pomóc. To samo Ukyś, Katsu...

- Taisho ruszaj to dupsko, bo glonami obrośniesz!
- Yasu, weź mu coś powiedz. On mnie ciągle obraża.
- Już się wygadałem przy obiedzie, na którym wzajemnie nałożyliście sobie jedzenie na twarz. - niedowierzanie w śmiechu zielonookiego zarażało głupawką nasz 'skłócony' duet.
- Ale był dobry.
- Nie zaprzeczę. - Kaoru gwałtownie obrócił się na pięcie i pokazał palcem miejsce, które było jakby balkonem nad niewielkimi pawilonami i jeziorem - Chodźcie tam, porobimy sobie zdjęcia.
- Znowu?
- No chodź, trzeba mieć jakąś pamiątkę.
- Dobra, chodźmy za nim. - Higoshi trajkocząc razem z brunetem, dokańczał chrupać wafelek od loda.

Po dwuminutowym wdrapywaniu się po schodkach, dotarliśmy na szeroką, betonową płytę, odgradzającą różnice poziomu także grubym murem bez luk. Spokojnie ten, kto chciałby poczytać książkę, a dokuczałby mu wiatr, mógłby przykucnąć i miałby święty spokój. Tafla wody prześlicznie błyszczała w promieniach popołudniowego słońca, a muzyka z licznych maszyn docierała echem na szczyt urokliwego wzgórza. Nasza trójka od razu zauważyła, że jedyni obecni ludzie szli właśnie w kierunku lasku, prowadzącego do miasta lub schodzili na pole targowiska. Mężczyzna tryskając energią, pociągnął nas do muru i stanął w małej odległości od naszych biednych duszyczek.

Poczułem się jak wtedy, gdy z aniołkiem leżeliśmy na wzgórzu, a on wcinał mentosy... Dokładnie to pamiętam. Ciepły wiatr, mimo wczesnej wiosny, cisza, tylko w oddali jakieś szumy, bliskość, jego zapach, cynamonowy, który uspokaja mnie jak kawa... Czy aby na pewno to wszystko nie było snem? Oddalamy się od siebie przez brak czasu. Nie chcę tego.

- Dobra chłopaki, dajecie. - peace w wykonaniu Suichiego wyglądało naprawdę śmiesznie, bo zachichotaliśmy na ten gest.
- Co, chcesz sesję porno? - pokazałem mu ząbki, kładąc dłoń na biodrze Yasuro.
- Wcale bym się nie obraził. No ludzie, kissnijcie się albo coś.
- Co za maruda. - sapnąłem do siebie, a chłopak potrząsnął na zgodę głową.

Jakoś odebrało mi w tej chwili talent aktorski, ponieważ intymność okolicy za bardzo wdzierała się do mojego delikatnego wnętrza. Może nazbyt subtelnie oplotłem dłońmi pas zielonookiego, złączając ze sobą palce, może i zrobiłem to z ociąganiem, ale przynajmniej złośliwa kłapaczka nie wszczęła paplania, tylko zachwycona oglądała naszą bliskość. Czując mrowiący dreszcz, który w rezultacie palił moje płuca oraz mostek, przyłożyłem usta do jego policzka, przymykając powieki.

Ale mi głupio, alee mi głupio! Aż stopy mi się chyba czerwienią.

Na mój gest on zamknął swoje do końca uwalniając rumieniec widoczny tylko z bliska - był ledwie zauważalny. Pstryknięcie dopingowane przez malutki zefirek zachował nasz widok na zdjęciu.

- Jeju... To będzie piękne zdjęcie, ale weźcie się uśmiechnijcie.

Czarnowłosy zrobił minę przypominającą gąsienicę, seryjnie! Przez którą nasza dwójka nie zmieniając pozycji parsknęła śmiechem, pokazując zęby. Następne fotki nie okazały się wcale lepsze, dlatego, iż mój biedny nos został zmaltretowany, moja usta powyginane, a włosy rozczochrane na wszystkie strony świata. Nie wyobrażałem sobie tego, że można zmachać się przy zdjęciach. A, no tak, nie miałbym zadyszki, gdyby nie Kaoru obejmujący mnie od tyłu, który wpadł na końcu na pomysł, aby zrobić striptiz ze mną w roli głównej. Wręcz rżenie siedemnastolatka dodawało mi siły, aby uciec od tego zboczeńca jak najdalej i pozabijać się deskami, dopinając pasek spodni. 

- Erotoman jeden. - fuknąłem, zapinając koszulę.
- Yasu, masz to? - mężczyzna przystanął za Higoshim, zaglądając przez ramię na wyświetlacz.
- Hehe, mam! Piękne zdjęcia, a ile trudu. - wytarł łezkę rozbawienia, śmiejąc się ostatni raz.
- To wcale nie było śmieszne. - skrzyżowałem dłonie, patrząc na nich spod byka - Jak chcecie striptiz, to wiecie gdzie iść. Powinienem podać was do sądu.
- W porządku, chodź, postawię ci drinka.
- Jednego?
- Tyle, ile chcesz.
- Może ci wybaczę.

Ramię dorosłego przygarnęło do siebie moją szyję i wytarmosiło ponure kosmyki, które natychmiast się obudziły. Głupek.



***



Żółty szyld mocno dawał po gałkach, kiedy słońce schowało się za horyzontem, toteż podziwiałem narwańca, że potrafi iść w takim tempie tak prosto i pewnie. Bez większych ekscesów dostaliśmy się do wnętrza klubu, w którym Kaoru lubił grywać. Ilość ludzi była przytłaczająca, nie mogłem swobodnie wziąć oddechu, dopóki nie doszedłem do lady i nie zamówiłem czegoś mocnego. 

- Zawsze tyle tu ludzi?
- Jeśli się coś dzieje, to ta.
- Przyszliśmy na jakiś koncert? - brązowowłosy zerknął na niego pytająco, a ja wzruszyłem ramionami.
- Na bitwę. - brunet oblizał się i rozprostował kości, zmierzając w kierunku sporo podwyższonej sceny.
- Jaką bitwę?
- Nie wiem... Ale chyba weźmie w niej udział.
- Kaoru? - prychnąłem, zakrywając usta - Będzie ciekawie.

Obserwowaliśmy każdy ruch ludzi przewijających się na parkiecie, natomiast Suichi nie próżnował. Błyskawicznie nastroił dwie gitary, a większość klientów widząc jakiś ruch, zebrała się w głównym miejscu widowni. Barman podał nam idealnie zmrożone drinki, które przechwyciliśmy do rozgrzanych dłoni. Uniosłem szkło, aby zaczerpnąć ukochanego alkoholu, jednak dotknąłem zaledwie ust. 

- Na pojedynek wyzywam Taisho Sasakiego, opijającego się właśnie przy ladzie. - głośny głos mikrofonu nie pozwolił mi na ciętą odpowiedź za tego pijaka.
- Idziesz? - Higoshi na serio był bardzo zszokowany, kiedy podniosłem ze stołka swoje cztery litery i uśmiechnąłem się zadziornie.
- No pewnie, nie przegram. Nie z nim i nie w tym życiu. - wytarłem zwilżone wargi.
- Powodzenia. Zniszcz go! - puścił mi oczko, w powietrzu przybijając żółwika.

Kilka tuzinów par patrzałek podążała do przodu z każdym moim krokiem. Zarys samych konturów moich włosów jak i ciała zwracały szczególną uwagę młodzieży płci żeńskiej. Mój chód oraz postawa wszczęły szepty na mój temat, pojedyncze oklaski czy brak jakiegokolwiek słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że jestem dobry w tym, co robię, a w połowie udawany uśmieszek daje zadziwiająco pozytywne rezultaty.

- Wiedziałem, że nie odmówisz. - brunet stuknął mnie w bark, komentując swoją zuchwałość półgłosem.
- Tobie? Gdzieżbym śmiał. - posłałem mu w powietrzu całusa, którego teatralnie przejął, wzbudzając śmiech na sali - Proszę bardzo, zaczynaj. - wyregulowałem pasek gitary, aby przylegała ona do mojego podbrzusza, a także oceniłem jej stan. Była bardzo podobna do mojej, progi blisko, struny w miarę, więc nie będzie problemu z łapaniem dźwięków. 

Przyznam, że ofensywa gitarzysty nieco mnie przeraziła, ale po chwili przypomniałem sobie kawałek, który był skoczny i szybki, pokazujący nie tylko doskonałą technikę. Może teraz wygląda to na pojedynek kto szybciej przebiera palcami, lecz zaraz pokażę, że nie o to chodzi. Czwarty kawałek, który dany mi było grać, oszołomił zebrany tłum, a Kaoru z trudem przeskoczył taką poprzeczkę. Odcinając się od całej rzeczywistości, skupiłem w sobie wszelkie zgromadzone wcześniej siły i wystrzeliłem z graniem, sam nie wierząc w tempo utworu. Pobiłem swój rekord? Kiedy otworzyłem oczy, a wibrujące brzmienie jeszcze unosiło się w powietrzu, na każdej twarzy malowało się ogromne zdumienie i szok. Minęło kilka sekund, a oklaski, gwizdy, a także krzyki doprowadziły mnie do wewnętrznego wzruszenia. Oni tak dla mnie klaszczą? Nie wierzę!
Brunet ukłonił się przede mną i podał rękę, potrząsając nią energicznie. Jakby zacieszał, że mnie zna.

- Masz moje uznanie. Nigdy nie widziałem kogoś, kto zrobił taki cud z gitarą, naprawdę. Bez dwóch zdań wygrałeś.
- Dzięki... - wyszczerzyłem się przyjaźnie, gdy oszołomienie przeszło na drugi plan. Z powrotem poszedłem do mojego aniołka.
- Jeśli tak zagrasz na koncercie charytatywnym, to ludzie dostaną zawału. Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, co potrafisz? - drgające tęczówki coraz bardziej roztapiały moje niedowartościowane serce otoczone gęstym, rozległym drutem kolczastym. 
- Po prostu grałem...
- Po prostu grałeś... Whu, to nie jest 'tylko' gra, nie bądź taki skromny.
- A tak apropo, na koncercie zagram coś zupełnie innego.
- Zaopatrzę się w respirator na wypadek zawału, jesteś mistrzem. - wygięcie bladych ust tylko do mojej osoby, jego pochwała skierowana do moich uszu spowodowały niemałe zmieszanie, które starałem się ukryć.
- Napijmy się. Kaoru zapowiedział, że chce zagrać ze mną w pokera...
- Rozbieranego?
- Noo.
- Hahaha, chcę to zobaczyć. Banda idiotów siedzących a gaciach. - pokręcił dyńką, nie dowierzając naszym zakładom. Cóż, mi również coraz trudniej w nie wierzyć.



***



O, to biały królik? Nie, grzybek halucynek! Haha. Zaraz, co oni mi tam dali, że zaczynam mieć fatamorgany, a gówno mi to pomogło na ból bani? Aha, już wiem, placebo! I myślą, że ja się nie domyślę? Ooo nie!

- Yasu... Głoowa mnie boliii...! - zawyłem, zataczając niewielkie koło wokół parkingu.
- Nie trzeba było tyle pić.
- Nie boli mnie od wódki... - czknąłem, chichrając się przez chwilę.
- Tak, tak... - cały czerwony na twarzy szedł obok mnie, utrzymując pion.
- Dobra, bo traktujesz mnie jak pijanego. - wziąłem wdech, wytrzymując lekceważące spojrzenie - Mogę do ciebie na noc?
- Wpaść. Ta, za daleko do domu? - uśmiechnął się życzliwie.
- Noo, nogi mi do tyłka włażą, a twój dom jest bliżej. Chyba, że ci przeszkadzam czy coś, to będę się tułał po mrocznych zakamarkach ulic...
- Faktycznie, lepiej będzie, jak cię przygarnę biedaku.
- Twoi rodzice są w domu?
- Nie, wyjechali na dwa dni. - na tak niespodziewaną odpowiedź zrobiło mi się gorąco i duszno, przez co poluźniłem kołnierz - Ładuj się, z ziemi nie będę cię zbierał.
- Jest za zimno. Wolałbym w przedpokoju kimnąć. Jestem wypompowany. 
- Już trzecia? Myślałem, że krócej nam zajęło dojście. Oj starzejesz się, Taisho.
- Wlokłeś się, to masz. - zaczęliśmy wdrapywać się na górę, do pokoju Yasu.
- Pewnie, zawsze wszystko to ja. Tu mam coś mniej więcej na twój rozmiar.
- Dzięki, zaraz przyjdę.

Biorąc pod pachę jakieś szorty i szarą koszulkę, podreptałem do łazienki od razu odkręcając ciepłą wodę. Uśmiechnąłem się błogo, kiedy ogrzane kropelki uderzyły o moją wrażliwą skórę. Rozejrzałem się po półeczce, gdzie powinno być coś do mycia i aż zapatrzyłem się na wiele tubek, których używa mój aniołek. Stado motylków wleciało do mojego żołądka, muskając jego ścianki. Tutaj zawsze jest, tego używa, tutaj się myje...
Przejechałem dłonią po białych kafelkach, jakby jedna z nich była policzkiem Higoshiego.

Oj, za dużo wypiłem, skoro wyprawiam takie głupoty. Nieco zaspanym krokiem wypełzłem spod prysznica i popatrzyłem na palce stóp, którymi ruszałem. Są taaakie ociężałe, ale i lekkie... Ziewnąłem, stąpając po ogrzewanych płytkach i przeciągnąłem się, zgarniając swoje ciuchy. Ja modelem? Hmm...
Kiedy dotarłem do pokoju, a dzieliły mnie od niego tylko drzwi, Yasuro także umyty układał coś w szafce, szurając kapciami po panelach. Położyłem ubranie na krzesełku, kulturalnie je składając i potarłem powieki. Byłem dzisiaj wyjątkowo wyczerpany.

- To było zaraz? Już myślałem, że tam zasnąłeś. - skomentował, grzebiąc w szufladzie.
- Umyłeś się?
- Yhym, na dole.
- Skąd ty masz tyle energii. - westchnąłem, stojąc na środku pokoju z rozczapierzonymi włosami.
- Dużo tre... Ahaha! - wybuchnął gromkim śmiechem, nieco mnie ożywiając - Świetnie Taisho.
- Co?
- Super top. Nie sądziłem, że ta bluzka będzie ci ledwo zakrywała brzuch, chyba się sprała.
- Oj no dobrze... Kij z nią.
- Czekaj, zrobię zdjęcie, haha!
- Yasu... Spać... A nie zdjęcia... - niemrawo podszedłem do pościelonego łóżka i walnąłem o nie centralnie twarzą.
- To będzie świetna fotka. - podśmiewał się - Jak te Kaoru.
- Wygrałem z nim. - mruknąłem, ugniatając sobie poduszkę i kołdrę.
- No wygrałeś, wygrałeś. - ziewnął, gasząc światło. Jedyny blask, który wpadał do pomieszczenia, to księżycowy oraz ulicznej lampy, stojącej na rogu domu Higoshich.

Tutaj zawsze jest tak spokojnie i świeżo? Tak chłodno, orzeźwiająco, ale jednocześnie usypiająco...
Gdy Yasu nakrywał się do połowy kołdrą oraz wiercił się na materacu, słodkie nutki połaskotały moje bębenki, a ja uchyliłem powieki. Wiedziałem, że nie zasnę bez problemu w jego obecności, toteż przekręciłem się na bok i przygarnąłem do siebie jego ciało tak, aby plecy przylegały do mojego torsu, zaś nos wtuliłem trochę we włosy, narkotyzując się tą niesamowitą wonią. Brak sprzeciwu i ciepełko same domknęły moje powieki.

- ...branoc... - ledwie pożegnałem się z zielonookim, jak to robiłem od dzieciństwa.
- Dobranoc. - trzy sylaby wymówione ukochanym głosem zmusiły mnie do odpoczynku.

Trudno, co najwyżej zwalę tę pozycję na to, że byłem pijany.


4 komentarze:

  1. Oczy mi się zaświeciły na wzmiankę 'pijani' i myślała już,że coś,może tak nie w pełni świadomi wykombinują, a Ty jak zwykle tak subtelnie to zakończyłaś, nie żebym narzekała... ^^
    Dlatego ja sobie sama napisałam yaoica z krwi i kości i się nim jaram, bo pierwsza moja taka próba i wyszło nawet nie 18 tylko +20 :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Patrzałki i oszukista...najlepsze słowa ever ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja myślałam, że coś się wydarzy, bo są pijani :<< Ehh, mimo to rozdział świetny ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem zachwycona :-Dmega. Czyta się wspaniale

    OdpowiedzUsuń