08.06.2012

Rozdział 50

- Taisho...

Czyjaś ręka przyjemnie pogładziła kawałek mojego ramienia, dlatego mimowolnie lekko się uśmiechnąłem. Jeśli to kolejny sen, to chyba mogę otworzyć oczy. Nie będzie taki zły.

- Taisho, no już. Wstań i przestań mnie straszyć, bo to nie jest takie zabawne... - melodyjny głos nieco zadrżał, zanikając w ciszy pomieszczenia.

Po tych słowach zostałem brutalnie poszturchany, więc z ociąganiem otworzyłem powieki. Nie, to jednak nie jest sen... A już myślałem, że wstanę w swoim domu i napiję się herbaty... A tu co? Korepetycje, na których w połowie przysnąłem. No, niezbyt ciekawie. Ale mam lodowaty nos! To jakaś chłodnia, czy jak?

- No nareszcie, chce ci się spać? - białowłosy wpatrywał się w moje włosy, które przykrywały całą twarz.
- Aaa, nie, bardzo pana przepraszam. Jakoś tak znużyło mnie w połowie i przysnęło mi się. Bardzo przepraszam... - wyprostowałem plecy i posłałem mu ledwo zauważalny półuśmiech.
- Taisho! - całkowicie wystraszony zachłysnął się powietrzem - Co się stało?! Może zawieźć cię do lekarza, szpitala, gdziekolwiek?! Boli cię coś? Piecze? - wyraźnie zmartwiony wsunął dłoń pod czarną grzywkę sprawdzając temperaturę czoła.
- Nie...  Nic mnie nie boli. - odpowiedziałem zaspanym głosem. Bez cienia sprzeciwu pozwalałem, aby mnie dotykał, chociaż nie wiem dlaczego panikuje - Czuję się dobrze... Co pan robi, przecież...
- Jakie ty masz zimne czoło! - szybko skierował uwagę na moje dłonie - I lodowate ręce! Mogłeś powiedzieć, że ci zimno, mógłbym...
- Chwileczkę. - podniosłem nieco ton, przez co zaczerpnąłem większej ilości powietrza. Jego dłonie były takie ciepłe... - Nie jest mi zimno. No... Przynajmniej nie było, naprawdę...
- No nie wiem. - okrył palcami moje kostki, natychmiast je rozgrzewając. Na moment odwróciłem się w bok, nie mogąc powstrzymać ziewnięcia. Z małą łezką w oku odchyliłem głowę do tyłu tak, aby opierając się o oparcie krzesła, widzieć dokładnie jego twarz i wszystkie ruchy.
- Przepraszam... Zasnąłem, a że klimatyzacja jest zepsuta, trochę mnie zmroziło i tyle. - po dłuższej chwili w końcu popatrzył na moją twarz. Od razu złote oczy powiększyły się ośmiokrotnie, a jedna dłoń wystartowała w górę.
- Taisho, na serio zaczynasz mnie przerażać. Masz strasznie sine usta, więc nie wmawiaj mi, że to normalne. - dotknął opuszkami powierzchni warg, aby przekonać się, iż są zupełnie lodowate.

Nieco speszony opuściłem wzrok, obserwując nierówności w deskach ogromnej sali. Fakt, zimno mi, ale już powoli wracam do żywych, nie ma co panikować. Mało spałem i już.

Yasuro...

Ta myśl od razu wbiła kołek w moje żebra, jakbym i bez tego czuł się wspaniale. Strasznie boli, ale muszę się do tego przyzwyczaić. Kiedyś będę się śmiał z tych uczuć, na pewno.

- Dobra, dosyć. Zawiozę cię do lekarza. - Yarotouichi zdecydowanym głosem oznajmił niezbyt korzystną dla mnie propozycję.
- Nie, już mi lepiej. Mało spałem i tyle. - podniosłem się dosyć szybko, tracąc i tak małe ilości jakiegokolwiek ciepła.
- Nawet ktoś, kto mało śpi nie ma takich nienormalnych przejawów zmęczenia. Nie ma co gadać, jedziemy do lekarza.
- No to naprawdę nic takiego. - zmęczony zaistniałą sytuacją, uderzyłem dłońmi o uda - Pójdę do domu i będzie dobrze. - czułem jak własna temperatura powoli rośnie, dostarczając spragnionym mięśniom gorących fal. 
- Odprowadzę cię. - od razu poszedł po parasol, zawieszony na grubym haku w rogu pomieszczenia.
- Proszę pana. Mam siedemnaście lat, sam potrafię dojść do własnego mieszkania.
- Nie wątpię, ale w obecnym stanie, w czasie oberwania chmury, z przemarzniętym ciałem nie jest zbyt bezpiecznie, prawda? - stanął naprzeciwko mnie, dlatego z zawziętą miną podniosłem głowę. Czułem ciepło bijące od niego... Dziwne...?
- O co panu chodzi? Przecież ma pan dużo spraw do załatwienia, a odprowadzanie uczniów to nie jest obowiązek nauczyciela. - zirytowany zachowaniem mężczyzny, mówiłem coraz chłodniej, nie okazując najmniejszych emocji.
- Taisho... - westchnął oraz wzruszył ramionami - Ale ty jesteś uparty. Po prostu się martwię, bo nikt nie wygląda tak normalnie. 
- No dobrze. To mój problem, więc pozwoli pan, że rozwiążę go sam. - zapadła kilkusekundowa cisza, w której dało się słyszeć mocne uderzenia kropel o parapet - Pójdę już. - mruknąłem, kiedy nie mogłem wytrzymać jego zdecydowanego spojrzenia.
- Weź przynajmniej parasol.
- Yhym, dziękuję. - wziąłem od niego czarną parasolkę i skierowałem się do wyjścia.
- Zadzwoń jak przyjdziesz. - zacisnął wargi, a ja pokiwałem głową.

Nareszcie zostałem sam i mogę w spokoju wyjść ze szkoły. Chyba jest już w porządku, skoro nie odczuwam zimna, ale ocenię to, kiedy podejdę do lustra. Żeby zrobić sobie taki obciach przed Eizo... Inni pewnie nakrzyczeliby na mnie za to, że przespałem połowę ich wykładu, marnując czas, a on? Zamartwiał się tak, jakby nie wiadomo co się stało, a do tego chciał odwieźć do domu lub lekarza. To miłe...

Pchnąłem sporych rozmiarów drzwi, stając na najwyższym stopniu schodów, który okrywał mały kawałek daszku. Trochę osowiały zerknąłem na ciężko opadające smugi deszczu oraz kolor nieba. Słońce zupełnie schowało się za szarymi chmurami, dlatego odniosłem wrażenie jakby był wieczór. Zarzuciłem plecak na ramiona i wyciągnąłem przed siebie dłoń, patrząc na rzecz białowłosego. Uśmiechnąłem się w duchu i poszedłem przed siebie, w gąszcz jakże raniącego deszczu. Zwykłe zjawisko przyrodnicze, a proszę jaki potrafi oddać nastrój.

Sam już nie wiem co mam myśleć. Chyba nie będę szczęśliwy kochając Yasuro. Są małe szanse, aby to zauważył, gdyż nigdy nie byłem bezpośredni. No, tylko czasem udało mi się przed nim otworzyć, ale też nie zawsze opowiadałem mu wszystkie szczegóły. Zabawne, jak wszystko może się zmienić w jeden dzień, kilka minut. Wiem, że to, co rozrywa mnie na myśl, że mógłbym z nim nigdy nie porozmawiać, nie zostanie tak od razu uciszone. Na to, abym zaczął patrzeć na niego jak na przyjaciela potrzeba czasu, który chyba prędzej mnie dobije. Ale... Zrobię to. Dla niego. Pozbędę się tego chorego wyobrażenia, które sobie ubzdurałem. Dla niego.. Będę wzorowym przyjacielem, nie mogę go przecież zawieść po tylu latach pomocy. O nie. Ale teraz... Więcej... Już nie chcę myśleć, na dzisiaj to za dużo.

Cisnąłem butem w sporą kałużę patrząc, jak skośne pociski zalewają moją nogę, rozpryskując się na dżinsach. Deszcz...

Mam wszystkiego dość, muszę się przespać, bo inaczej będzie źle. Z każdym następnym krokiem pochłaniałem coraz więcej wody, uświadamiając sobie równocześnie to, że zaczynam się uspokajać, przyjmować fakty na serio. Moje włosy zupełnie zakryły chłodne tęczówki, przez co ledwo cokolwiek mogłem zobaczyć. Spodnie tradycyjnie przylepiły się do moich nóg, a biała koszula uwydatniła każdy mięsień. Po około dwudziestu minutach powolnego spacerku, cały przemoknięty wszedłem do domu.

- Hiro. - chcąc go zawołać, jedynie podniosłem ton - Chodź tutaj... - dokończyłem pod nosem, patrząc na zalane trampki. Jak małe dziecko stałem ze spuszczoną głową czekając, aż podejdzie. Nie ma co. Nie dojrzałem, a już się uwsteczniam.
- Idę, idę... - cichy pomruk wydostał się z salonu. Przyjemne granie pudła zwanego telewizorem, uspokajało mnie, i to skrupulatnie - Matko, Taisho! - na mój nieszczęsny widok złapał się za głowę - Nie mogłeś od kogoś pożyczyć para... - pokazałem mu wymieniony przedmiot, z którego trochę pociekła woda - Oszalałeś czy co? Mogłeś go rozłożyć, a nie iść bez niego jak dziwoląg w taką ulewę. 
- Ano, mogłem, ale nie chciało mi się. - sterczałem tam jak ostatnie ciele, patrząc, co wyprawia z szelkami plecaka - Co ty robisz? - pozwoliłem, aby po zdjęciu torby, zaczął rozpinać moją koszulę. Wzrok miałem zupełnie obojętny, jednak w środku dziwiło mnie to, iż już druga osoba dba o mnie aż zanadto. Wyglądam aż tak żałośnie? Jednak... To miłe...
- No jak to co? Zgłupiałeś chyba do reszty. Jak dalej będziesz tak robił, nabawisz się poważnej choroby. - już miał zamiar pociągnąć rękaw, aby uwolnić mnie od wilgotnego materiału, lecz zatrzymałem jego dłoń, oddalając ją od ciała.
- Zostaw. - schyliłem się i szperając w kieszeni plecaka, wyciągnąłem komórkę. Na sekundkę zmrużyłem oczy, gdyż nieprzyjemny dreszcz przebiegł po caluteńkiej długości kręgosłupa - Zadzwoń do Eizo.
- Co? Do kogo? - niemrawo przyjął ode mnie telefon.
- Do Eizo. Powiedz mu, że dotarłem i takie tam duperele. - machnąłem dłonią i ruszyłem w kierunku pokoju, aby wziąć ciepły prysznic, a następnie założyć świeże ubrania.
- Już... - wiedział, że nic mu nie wytłumaczę, dlatego zaciekawiony błyskawicznie odnalazł numer, po czym przyłożył aparat do ucha - Halo? - wdrapałem się na samą górę, ale chcąc usłyszeć dalszy ciąg rozmowy, usiadłem tuż za rogiem ściany - Dzień dobry. Chciałem... Tak, ta... - nie mógł nawet w spokoju powiedzieć o co chodzi, nie ma to jak Eizo - Oczywiście... Jest w dobrych rękach, więc nie ma się o co martwić. Nie... Na pewno? Dobrze, przekażę mu. O 16:30, tak? Nie ma sprawy, do widzenia. - tutaj znowu ucichł, a ja wstałem, chcąc się wreszcie umyć - Tak, no pewnie. - zaśmiał się, kończąc konwersację.

Rozejrzałem się po pomieszczeniu, szukając odpowiedniej szafki. Po minutowych poszukiwaniach, z moim super refleksem ściągnąłem z półki gruby, wełniany, bialutki sweter oraz grube, szarawe dresy. Do tego włożyłem stopy w mięciutkie, turkusowe kapcie, które zazwyczaj leżały na ziemi, gdyż wolałem chodzić boso lub w samych skarpetkach. Przy zdejmowaniu spodni myślałem, że sobie odpuszczę i poczekam aż wyschną one na mnie. Fale odpychających dreszczy wywołanych przez wilgoć, skutecznie utrudniały mi zadanie, jednak w rezultacie zebrałem siły i gwałtownie pociągnąłem za nogawki. Potem tylko góra i bielizna, a na końcu cieplutka woda, obmywająca moje wymarznięte ciało, pozostawiając po sobie orzeźwiające uczucie zmęczenia. Po prysznicu szybko wytarłem się ręcznikiem i opatuliłem tym, co wcześniej wspaniałomyślnie przygotowałem, po czym zgarniając ulubiony koc wyszedłem z pokoju. Pociągnąłem nosem i stanąłem na chwilę tuż przy sporej wielkości obrazie. Nałożyłem puszysty materiał na plecy, owinąłem go wokół rąk i zacisnąłem jego rogi w dłoniach, które trzymałem na klatce piersiowej. Okryty stertami tkanin, drepcząc bez pośpiechu, pojawiłem się w salonie.

- Zadzwoniłeś? - usiadłem na kanapie obok stołu, wcześniej dotykając palcami u nóg o dziwo nagrzanego, frędzlowatego dywanu.
- Tak, wszystko załatwione. Nieźle tego faceta wystraszyłeś, ale i tak jutro masz przyjść do niego na 16:30. - spojrzał na mnie uśmiechając się sympatycznie - Oj, kiedy ja cię widziałem zawiniętego w koce...
- Oj tam, przysnęło mi się tylko. Taa, włączysz coś ciekawego? - podwinąłem kolana pod samą brodę, obserwując jakąś badziewną reklamę.
- Jasne. - kliknął kila razy, zanim znalazł odpowiedni kanał - Co się tak w ogóle stało?
- Zasnąłem i może trochę pobladłem, a Eizo...
- Nie pytam o to. - jak zwykle musi być spostrzegawczy...
- Hiro, daj spokój. Jestem zmęczony. - sapnąłem, nie mając ochoty na jakąkolwiek rozmowę dotyczącą tego tematu.
- Chcesz herbaty? - uśmiechnięty podniósł się z sofy, czekając na odpowiedź.
- Yhym. Jakąś owocową albo coś...
- Zaraz przyjdę.

Westchnąłem bezgłośnie i zatopiłem się w zapachu proszku z dodatkiem aloesu. Z lekka zmęczony zacząłem oglądać telewizję, a ciepło obejmowało mnie z sekundy na sekundę coraz bardziej. Nie miałem siły myśleć ani o Yasuro, ani o szkole, ani tym bardziej o nauce. Grzecznie poczekałem na gorącą herbatkę, która po pięciu minutach pojawiła się przede mną na szklanym stoliku, a siedzenie znajdujące się obok mnie, ugięło się pod natłokiem ciężaru. Głośno wciągnąłem powietrze, rozpoznając zapach mojego ulubionego smaku.

- Dzięki. - wychrypiałem, co mnie nieco zdziwiło. Obym nie przeziębił sobie gardła.
- Spoko. - ze szklanką w ręku przełączył na inny program - Tu będzie coś ciekawego.
- Zobaczymy. - chyba po raz setny w tym dniu, pozwoliłem sobie na wielkie ziewnięcie.
- Taisho, ale tak na serio, uważaj na siebie. Wiesz przecież, że jak ciebie już raz coś złapie, to trzyma dłużej niż przeciętnego człowieka. 
- Tak, wiem... Ale nie będę się chował.
- Rozumiem. Chcę tylko żebyś trochę uważał, to wszystko.
- Okej, postaram się. - dopiłem wręcz parzącą herbatę, po czym odstawiłem kubek na blat przezroczystej ławy - Dzięki, była pyszna.
- Masz gardło z kamienia, że wrzątek pijesz? - przerażony moim czynem, sam z wrażenia odstawił naczynie.
- Było mi zimno, więc wypiłem wszystko od razu. - wzruszyłem ramionami i wygodniej rozłożyłem się na kanapie. 

Głowę położyłem na dwóch, śnieżnych poduszkach, a kolana podsunąłem do połowy, aby nie kopnąć czarnowłosego. Przykryłem się kocem, a jego końcówką nakryłem uda Hiro, uśmiechając się przy tym łagodnie. A niech ma coś od życia za dobrze zaparzoną herbatę. Podparłem brodę na jednym nadgarstku, oglądając coraz bardziej mieszające się kolory. Zaledwie po minucie, wycieńczony, zsunąłem się na giętką poduchę i zasnąłem, odpoczywając od męczącej rzeczywistości.

- Co za debil! - tak oto, jakże kulturalnie, mój braciszek skomentował poczynania chłopaka z jakiegoś filmu - Taisho? - zapytał, nie słysząc odpowiedzi na mądry komentarz.

Widząc, że śpię, pogłaskał czule moje kosmyki i już w zupełnej ciszy śledził przebieg dalszych zdarzeń.

Też mógłbym kiedyś wystąpić. We własnym filmie. 


4 komentarze:

  1. Tai wpadł w małe przygnębienie...niech mu tylko przypadkiem nie wpadnie do głowy (jak i Twojej) zrezygnować z miłości bo jebnę ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja jestem za tym zeby była jakas akcja z Eizo haha;D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czyli jednak Hiro nie zna Eizo a juz myslalam ze cos z tego bedzie. Taisho cos odbilo, odkochiwac sie, tak w srodku opowiadania?! To sie musi wyjasnic~RR

    OdpowiedzUsuń