09.06.2012

Rozdział 74

Ostre promienie słońca ze złośliwością opiekały moją rękę na coraz większej powierzchni. Znużony wczorajszym dniem z niechęcią przyjąłem do wiadomości, że moje ciało nie potrzebowało już więcej snu - czyli zwyczajnie musiałem wstać. Mruknąłem sobie przyjemnie, czując pod dłońmi coś mięciutkiego, elastycznego, a przede wszystkim cieplutkiego, po czym otarłem policzek o coś szorstkawego. W mgnieniu oka pospiesznie otworzyłem powieki i zszokowany popatrzyłem na to, co wyprawiałem. Higoshi rozłożył ręce po obu stronach ciała, natomiast głowę miał położoną na poduszce, w stronę drzwi, a że akurat kołdra zsunęła się na jego pas, w spokoju spostrzegłem, iż leżę na jego klatce piersiowej, bez skrupułów wtulając twarz w rozgrzaną pierś, zaś dłońmi podtrzymywałem czarne kosmyki. Momentalnie opadłem z sił, patrząc na jego niesamowitą twarz z nieco uchylonymi ustami. Niewiele myśląc objąłem go lekko i bardziej pochłonąłem nosem zapach aniołkowych perfum. Uchylając nieco spojrzenia na świat, zarejestrowałem w tej chwili ciekawskimi tęczówkami podwiniętą koszulkę. Nie mogłem nie skorzystać z takiej okazji, dlatego przejechałem opuszkami po jego boku, który jak myślałem był bardzo szczupły. Nie mogąc się powstrzymać powędrowałem trochę wyżej, rozkładając palce na odcinku między lewą stroną brzucha, a żebrami. 
Jakbym był dumny z własnych poczynań, uśmiechnąłem się chytrze i z westchnięciem zaciągnąłem się bliskością po raz ostatni, po czym z ociąganiem przeturlałem się na brzeg łóżka. Moja uwaga powędrowała na znajomy zeszyt, który aktualnie leżał na ziemi, niepewnie wystając spod mebla. Bez wahania, którego dzisiaj wyjątkowo nie posiadałem, zgarnąłem twardą okładkę i przerzuciłem kilka kartek na wyraźnie odznaczającą się stronę.


"[...], tak więc mały chłopczyk przykucnął przy skulonej od płaczu dziewczynce i położył dłoń na jej ramieniu. Chciał ją wybudzić. Wybudzić ze stanu, który sam przeżył wiele razy. A może ona jest inna? Inna niż poprzedni, skoro wylewa tyle łez za kogoś, kogo nie powinna kochać?

- Chodź, pójdziemy na łąkę, którą lubię, poczujesz się lepiej. - powiedział i wyciągnął do niej rękę, zaglądając pod cienką, brązową grzywkę przykrywającą szkliste oczy. Ona popatrzyła na niego nieufnie, ale jej mina zdradzała żal.
- Nie pytasz, co się stało? - wytarła piąstkami mokre powieki i podniosła się o własnych siłach.
- Pewnie to samo, co mi. Widziałem trochę. Po co mam się pytać?
- Bo tak! Chciałam, aby ktoś to kiedyś zrobił...
- No dobrze. - blondyn przerwał jej, szczerząc się w dotąd nieznany dla niej sposób - Co się stało? Dobrze się czujesz?
- Rodzice mnie zostawili, bo powiedzieli, że nie chcą mieć w swoim dworze kogoś takiego bezużytecznego jak ja. Czuję się okropnie! - cała we łzach wykrzyczała młodzieńcowi swój ból.
- Nie kochają cię?
- Nie! Nawet nie zwracali na mnie nigdy większej uwagi.
- Chodź ze mną, moi też mnie zostawili.
- Dawno temu?
- Od samego początku. Umarli, kiedy miałem trzy lata, wychowałem się sam.
- Sam? To niemożliwe...
- Jestem wampirem. - oczy szatynki spoczęły na nieznajomym, ale nie dlatego, że się bały, znalazły kogoś identycznego - Nie smuć się już, szkoda na to czasu. Chodź ze mną. - niewielka dłoń została wyciągnięta w kierunku sukienki - Nie będziemy już samotni..."

Zaskoczony takim wyrywkiem opowiadania, bezszelestnie zamknąłem zeszyt i luknąłem na panele. Nie potrafię wyjaśnić dlaczego, ale ogarnęła mnie nieopisana nostalgia oraz strach przed czymś, co przecież nawet naprawdę nie istnieje. Szybko zgarnąłem swoje ubrania i poczłapałem do łazienki, gdzie miałem nadzieję na ostudzenie napęczniałej od wątpliwości głowy. 



***



- Taisho, mogłeś mnie obudzić!
- Po raz setny ci mówię, że nie musisz mnie niańczyć, sam potrafię o siebie doskonale zadbać, kiedy ktoś jest nieobecny. - pokręciłem z niedowierzaniem łepetyną, łykając kolejny kawałek kanapki.
- Wiem... Po prostu nie lubię spać dłużej niż mój gość.
- Yasuro i jego problemy, część pierwsza.
- Cicho.
- Aj, przesadzasz. - z obojętnością siorbnąłem kapkę gorącej kawy i zerknąłem na zegarek - Muszę się zmywać, bo za pół godziny przychodzi do mnie Ukyo.
- W niedzielę?
- No, musi więcej ćwiczyć. Nie ma luzu. Jak źle wypadnie na koncercie i przedstawieniu to wszystko pójdzie na mnie.
- Nom.
- Ty, Yasu, nie chciałbyś może napisać piosenki?
- Piosenki? Skąd ty w ogóle wziąłeś ten pomysł? - podejrzliwe szklaczki zlustrowały moją twarz.
- Pamiętasz jak przyłapałeś mnie na czytaniu twojego opowiadania? Masz talent! I może wymyśliłbyś coś ciekawego?
- Mowy nie ma.
- Yasuuu? - zamrugałem rzęsami, robiąc błagającą minę.
- Nie, to bez sensu. Twoja gra, twój tekst. - wzruszył ramionami, odkładając od ust nagrzany kubek.
- Czy ty po prostu nie chcesz zobaczyć mojego występu? - wysoko uniosłem czarniutką brew.
- Całkiem możliwe. - zaśmiał się, kiedy rzuciłem w niego winogronem - Spadaj! Idę sobie.

Nafochany przekroczyłem próg przedpokoju i założyłem buty, a następnie przerzuciłem przez ramię torbę. Przeciągnąłem się, obserwując jak siedemnastolatek opiera się o futrynę.

- Ale tak na serio, muszę iść. Domyślam się, że teraz codziennie będziesz miał treningi?
- No... Ale nie wiadomo, to zależy jak będą szły i tak dalej.
- Zamierzacie w końcu o coś zagrać, czy nie? Trenujecie, trenujecie, szkoła mi ciebie zabiera, a nawet nie widziałem rezultatów twojej pracy.
- Graaamy! Akurat nie teraz, ale gramy. Trener planuje rozegrać ważniejsze mecze do koncertu, żebyśmy mogli sobie odpocząć.
- Chora jest liczba treningów. To tylko szkolne mecze.
- Właśnie nie. Planujemy stać się klubem, a może potem ktoś z nas dostanie się do państwowej reprezentacji.
- A ty byś chciał zostać zawodowym piłkarzem?
- Nie. - podszedł do mnie na odległość może trzech kroków - Lubię piłkę, bardzo przyjemnie mi się gra, ale nie wyobrażam sobie robić tego zawodowo.
- Rozumiem... W takim razie co chcesz robić?
- Nie wiem...
- Może będziesz pracował w firmie ojca? Może to nie jest jego, ale chyba ma prawo kogoś zatrudniać?
- Może, może, jest szefem jednego oddziału, ale nie widzę siebie w jego firmie.
- Mama?
- Piętro wyżej, podobne obowiązki, tylko trochę inny oddział. A zresztą cała rodzina w tym samym budynku? Haha, widziałbym ich częściej niż w domu. - roześmiał się, ale jego humor jakby nieco uleciał.
- To chyba dobrze? - moje zęby na ułamek sekundy poczuły powietrze.
- Praca z rodziną nie jest taka zła, szczególnie, jeśli chciałbyś ich częściej widzieć. Chociaż ja ze swoimi nie mógłbym pracować. Dobra, lecę. - energicznie otworzyłem drzwi, niespodziewanie kończąc naszą rozwijającą się rozmowę.
- Taisho! - złapał mnie za rękę, przez co zdumiony odwróciłem się przodem do niego.
- Co jest? - zapytałem zmartwiony, widząc jego niewyraźną minę.
- Nie, nic. Chciałem coś powiedzieć, ale jak zwykle palnąłbym głupotę. - wyszczerzył się, puszczając moją kończynę. Uznałem, że to nic poważnego i jak będzie chciał, to przecież normalnie się o coś zapyta, tak więc posłałem mu przyjazny uśmiech.
- To pa.

Żwawym krokiem wyszedłem na chodnik i podążając do domu, zahaczyłem wzrokiem o słoneczko wychodzące zza chmur. Mam pięć minut na dotarcie, powinno wystarczyć. Czemu mam zwyczaj paplania, kiedy już muszę wychodzić? Jakby dopiero wtedy dobry temat sam się odnajdował.

Westchnąłem donośnie, gdy przypomniała mi się dziwna i przerażająca mina aniołka, jak gdyby coś go dręczyło i ukazało się na chwilkę, a ja to olałem! Przecież jak coś jest nie tak, to mi powie, zapyta się, co nie? Zawsze tak robił, więc dlaczego teraz miałoby być inaczej?
Nie wiem czemu, ale jednak mam wątpliwości.



***



Na szczęście przyszedłem na styk, spotykając w furtce Ukysia. Nie przejmując się spojrzeniem Hiro, prowadziłem gościa do swojego pokoju, otwierając mu uprzejmie drzwi. Potem porozmawiam z rodziną, pewnie zadadzą podstawowe pytania, więc luz.
Igichi jak zwykle roześmiany zaczął rozpakowywać gitarę i podłączył ją do pieca, a ja w tym czasie poszedłem się przebrać. Wszedłem do pomieszczenia i od razu przystąpiłem do szkolenia. Wydawało mi się, że było z nim coś nie tak, ponieważ szybko zmieniał mu się nastrój i niektóre reakcje.
Pokręciłem głową i spocząłem na krześle, przejeżdżając na nim połowę pokoju. Stuknąłem ołówkiem odpowiedni takt i kazałem mu go zagrać w zabójczym tempie, trzymając w powietrzu nuty, z których korzystał. O dziwo nie słyszałem komentarzy podczas gry, choć zawsze towarzyszyły one temu narwańcowi, więc myślałem, że jest strasznie skupiony. Owszem, był skupiony, bynajmniej nie na grze.

- Ukyo, skup się! Ciągle coś zawalasz, masz gorszy dzień?
- Haha, serio? Sorry, staram się, ale mi nie idzie! - szczęśliwy wpatrywał się w moje lodowce.
- Jesteś rozkojarzony, widzę to. - wziąłem większy wdech i bardziej uspokoiłem głos - Co się stało?
- Nic... Przecież widzisz, że gram. - równie łagodnie odparł na postawione mu pytanie, a także odłożył instrument na łóżko.
- Ukyo, na serio się teraz pytam, czy coś się stało? Możesz mi przecież powiedzieć. Od kilkunastu dni widzę, że jesteś przygnębiony. - ściągnąłem brwi we współczującym geście, a moje wargi ułożyły się w subtelną linię. Z początku nastolatek z opanowaniem oglądał moją osobę, lecz dostrzegając moje szczere zainteresowanie oraz dobroć wybuchnął płaczem, chowając głowę w dłonie. Przestraszony podbiegłem do niego i przykucnąłem - Ukyo? - położyłem dłoń na jego ramieniu, czując, jak jego całe ciało drży.
- Zostaw. - strącił moją rękę i szlochając, niezdarnie ścierał obfite łzy.
- Co się stało?
- Nic. - burknął, pociągając nosem.
- Oj Ukyo... - westchnąłem i wyciągnąłem z szafki chusteczki, które po krótkim czasie trafiły do jego łapek - Kto jak kto, ale ty nie umiesz kłamać. - przelotnie popatrzył mi w oczy, przez co wybuchnął żalem - Co jest?
- Kurdeeee! - wyjęczał żałośnie, ale zrobił to w taki sposób i z taką miną, że aż musiałem się powstrzymać, aby się nie zaśmiać - Znowu wychodzę na jakąś ciotę, idź do cholery! - głośny smark zawitał w moje cztery ściany.
- Wcale tak nie pomyślałem.
- Jasne! Co nie przyjdę, to ryczę.
- To dopiero drugi raz, a byłeś u mnie częściej.
- No! To mi wystarczy, jak ciota, do dupy.
- Nie prawda. - zatkałem sobie buzię, powstrzymując wybuch śmiechu, ale i tak wesoła część odsłoniętej twarzy zdradziła mój zamiar.
- Co się śmiejesz! - obrażony opuścił mózgownicę i zacisnął palce.
- Bo ci smark wisi. - znowu pokiwałem dyńką i wyciągnąłem chusteczkę, starannie wycierając jego nos. Chłopak zarumienił się nieznacznie i uciekł wzrokiem - No dobra, co się stało? - objąłem go jednym ramieniem.
- Zostaw. - mruknął, siłując się z moją upartą kończyną.
- Daj spokój, to nie jest wcale 'ciotowate', jeśli o to chodzi.
- Nieważne, nie mam na to ochoty.
- Mówiłem, mnie nie okłamiesz. Ty mówisz nie, ale twoje ciało cię zdradza. Człowiek nie jest ze stali, a ty masz taki charakter. Nie należy się go wstydzić, mówię ci. - na moje słowa brunet ponownie wybuchnął płaczem i przyczepił się do mnie jak miś koala. Bardzo drobny miś koala. Przytuliłem go, klepiąc kojąco w plecy i zamknąłem oczy - Oj Ukyo... - westchnąłem, mając uśmiech na ustach.


5 komentarzy:

  1. Coś mi tu śmierdzi a ten Ukyo mnie irytuje trochu
    Mam nadzieję,że się nie zakocha przypadkiem w Taisho xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja mysle ze Ukyo ma problemy w domu i dlatego tak sie zachowuje :D

    OdpowiedzUsuń
  3. dokładnie Myślę jak anonimowy ludek xd lubie Ukyo Chociaż w 1 notce o nim Załatwywalo mi cwaniaczkiem a Nie słodka ciotą xD on będzie z Katsu będzie będzie na 100 -YoOomixkun

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dokładnie
      Ukyo pasuje tylko do Katsu

      Usuń
  4. A ja mysle ze ma problemy sercowe!! Zakochal sie w Katsu i teraz nie wie jak zrozumiec tak silne uczucie ktorym darzy szkolnego bozyszcza :) Lubie jak Ukyś placze, lubie go i w ogole no a ta akcja ze spaniem na Yasuro moglaby potrwac dluzej, no coz chyba cale wyznanie uczuc bedzie dopiero na koncu ale jakos to wutrzymam i na koncu rozdzialu tak Cie pojade ze zdenerwowania ze agrh :) a teraz ide czytac dalej (a i co do mojej ortografii to nie zwracaj uwagi, bo moja klawiatura odmawia mi posluszenstwa i nie chce pisac takich liter, tylko czasem..)~RR

    OdpowiedzUsuń