09.06.2012

Rozdział 76

Postrzępione na linii nosa kosmyki opadały wzdłuż twarzy aniołka, stercząc nieznacznie na boki. Nieśmiały uśmiech dowalił mi zachwytu, przez co lampiłem się na niego, zamiast coś zrobić.

- Jasne, wchodź. - wziąłem od niego zeszyt i długopis, wpuszczając go do środka - Masz z czymś problemy?
- Z matmą. - wykrzywił wargi, gdy siłował się z zakleszczonym butem - Ale tak na serio to mogę sobie u ciebie posiedzieć? - nie mogłem uwierzyć w jego słowa. Dla mnie były jak jakiś cud.
- Pewnie. - nim zdążyłem dokończyć myśl, wyminął mnie odważnym krokiem.
- Jest ktoś u ciebie w domu?
- Nie, nie ma. Za jakieś trzy godziny się zjadą.
- W takim razie pójdę sobie nalać soku.
- Śmiało, ja idę na górę.
- Yhym.

Brązowowłosy pokiwał na zgodę głową, więc spokojnie ruszyłem na górę, szczypiąc się po ręku. Niech on uważa, co mówi, bo skoro to nie jest sen, to wszystko się może zdarzyć. 
Wpełzając do pomieszczenia, zerknąłem na zeszyt, który na ostatniej stronie był strasznie popisany. Zawsze lubiłem bazgroły. Uśmiechnąłem się nieznacznie i położyłem notatnik na biurku.

- Ale nie przeszkadzam ci? Wiesz, takie tam, może chcesz posiedzieć sam. - rzucił Higoshi, piętą domykając wejście mojego pokoju.
- Nie przeszkadzasz. W czym mam ci pomóc?
- W sumie w niczym. - ze szklaneczką w dłoni usadowił się na krześle - Do domu przyjechali goście i nie mam się gdzie uczyć.
- Aha, kumam. No to rób co chcesz, nie będę ci przeszkadzał. - podszedłem do szafki i ukucnąłem przed nią, próbując wygrzebać jakieś karteluszki.
- Chyba ja powinienem to powiedzieć, ale i tak dzięki. - zadowolony otworzył zeszycik i zdjął nakrętkę z długopisu - Mógłbyś mi tylko podać podręcznik?
- Oczywiście. - odnajdując swoje rzeczy i jedną dla Yasu, podniosłem rozleniwione ciało, wyciągając dłoń - Prosz.
- Dziękuję. - szeroki uśmiech, który pojedynczymi zmarszczkami przyozdobił jego policzki zwalił mnie z nóg.

Pospiesznie odwróciłem się do łóżka i z dudniącym sercem zacząłem do niego iść. Przyłożyłem palce do piersi i przełknąłem ślinę. Przecież on mnie zabić chce. Taki uśmiech, najłagodniejszy, podkreślający jego pokojowy charakter... Chyba zakochałem się na nowo i nie potrafię mu niczego odmówić. 
Położyłem się bokiem do niego, po czym przełożyłem prawą kończynę przez lewą, a z nadgarstka zrobiłem podpórkę na ciężki globus.

- Na pewno nie potrzebujesz pomocy? Jakby co, to wiesz.
- Wiem Tai, wiem. - przysunął się do mebelka, zatapiając się w łaskoczącym milczeniu.

Tai... Tai... Jeju... Jak słowami i odpowiednią barwą głosu można omotać człowieka, aż się w głowie nie mieści. I nie, nie możesz tego olać, bo jak raz ci się spodoba, to wciąż będzie się odbijało echem, wzniecając w tobie skrajne emocje.

Ta cisza jest osłabiająca. Skrobanie stalówką po kartce papieru potwornie gilgotało moje muzyczne podniebienie, zaklinając powieki. Coraz bardziej opadały na dół, jakby ważyły kilogramy. Walczyłem z nimi zażarcie, poprawiając sobie humor widokiem zielonookiego. W pewnym momencie obraz się urwał, ale wciąż delikatnie się uśmiechałem, ponieważ moje reakcje dobiegały do mózgu z dużym opóźnieniem.

- Taisho, śpisz? - znany głos wyrwał mnie z nadchodzącego snu.
- Co? A, nie, zamyśliłem się. Pracuj sobie dalej.
- Wiesz, jak chcesz iść spać to nie patrz na mnie, nie będę hałasował.
- Nie chce mi się spać, więc luz.
- No jak uważasz...

Przecież nie będę przy tobie spał! Jeszcze Bóg wie co sobie o mnie pomyślisz albo co zrobisz, chociaż nie, tobie ufam. Bardziej boję się siebie, że nie patrzyłem, tylko spałem w czasie, gdy tak rzadko przychodzisz. Nie ma takiej opcji, nie zasnę. Doczytam formularze i wypełnię co trzeba, zerkając na ciebie od czasu do czasu.
Na samą myśl postawy aniołka moja mina błogo się rozchmurzyła, a w sercu powstała wesoła wysepka.



***



Słoneczko powoli zaczęło się chować, zabarwiając stopniowo poszczególne warstwy nieba, a wiatr przybrał na sile, przyjemnie wiejąc zza falującej zasłony. Ostatnie, mocniejsze skrobnięcie przypieczętowało czyjąś frustrację.

- Może jednak mógłbyś mi pomóc. - Higoshi mocując się z przeszkadzającą szklanką, nie słysząc odzewu odwrócił się w moim kierunku - Taisho?

Zainteresowany wychylił się za krzesło i zerknął na moją twarz od dołu, gdyż schowałem się w czarnych włosach. Chłopak uśmiechnął się życzliwie i sięgnął po komórkę, aby zobaczyć jak daleko uciekł czas. Westchnął i schował telefon do kieszeni, biorąc w łapkę zeszyt z przyczepionym do niego cienkopisem. Zatrzymał się przed moją osobą i zaśmiał cicho, po czym przeczesał palcami moją grzywkę, a także górną część włosów. Bezdźwięcznie podszedł do drzwi i lekko nacisnął klamkę, bez słowa wymykając się na wolność.

- Hiro? - zawołał niegłośno, rozglądając się po przedpokoju.
- Tak? Tu jestem, kuchnia. - czarnowłosy z ręcznikiem w ręku wychylił się zza ściany.
- Przekażesz Taisho, że musiałem pójść, bo rodzice czegoś chcą? - aniołek pomachał kciukiem, ubierając buty.
- A ty od kiedy tu byłeś? I dlaczego was nie słyszałem, nie ma Taisho?
- Jest, ale śpi, nie budź go. - szatyn posłał mojemu braciszkowi proszący uśmiech.
- On śpi w dzień? - oczy Hiro rozszerzyły się jak pięciozłotówki.
- Kiedy jest bardzo zmęczony, to tak. Niech sobie śpi, pewnie zarwał trochę nocy, a ja chciałem tylko w ciszy odrobić matmę.
- No dobra, skoro tak mówisz...
- Do zobaczenia. Dzięki. - siedemnastolatek machnął dłonią, idąc do drzwi.
- Na razie.



***



Smakowity zapach czegoś słonego, wdzierający się do mojego pokoju pobudził moje nozdrza na tyle, abym się zbudził. W letargu spojrzałem na wyświetlacz komórki, ale po chwili panicznie odwróciłem się w bok.

Nie ma.

Ogarnąłem wzrokiem otoczenie, czy aby na pewno niczego nie zostawił i nie patrząc na wymięte ubranie oraz rozczochrane włosy, pognałem na dół omal nie tracąc wszystkich zębów. Słysząc syczenie i strzelanie mięsa, jak dziki wleciałem do kuchni, mrużąc oczy od nadmiaru światła.

- Gdzie jest Yasu?!
- O, nareszcie wstałeś. - Sasaki odwrócił się przodem, poprawiając zawinięty rękaw - Jaki on jest kochany. Nie chciał cię budzić, więc cichutko się pożegnał i wyszedł. Chyba wiem, dlaczego go kochasz.
- Idę. - zakręciłem się i skierowałem do przedpokoju.
- A ty gdzie? Wyszedł godzinę temu, a zresztą popatrz na siebie... - brunet zapalił oświetlenie i wskazał na lustro - Wyszedłbyś w takim stanie?
- No pewnie, że nie. - podrapałem się po głowie, pokazując ząbki.
- Po co ty w ogóle chciałeś iść? Bez sensu.
- Nie wiem... Taki odruch, bo znowu mi uciekł.
- Łoj ty biedaczysko. Chodź, zjesz sobie sałatki 'gyros'. - Hiro zgarnął mnie ramieniem, pchając wątłe ciało do stołu.
- Ooo, mam nadzieję, że jadalne.
- Chciałem coś niecoś dorzucić, ale miałem ją zrobić dla mamy, więc masz szczęście. - puścił mi oczko i podszedł do szafki, z której wyciągnął jakieś przyprawy, dosypując je na patelnię.
- Yhm...

Ugryzłem kawałek kurczaka, którego przytrzymałem w zębach, gdyż telefon zaczął wibrować. Popatrzyłem na wyświetlacz i uśmiechnąłem się ciepło, wznawiając przeżuwanie.

'Sorka jak cię obudziłem, ale od spania jest noc. Mam nadzieję, że Hiro wszystko ci wytłumaczył. Jutro pomożesz mi z matmy, bo jednak potrzebowałem pomocy, ale nie miałem serca cię budzić. Haha, do jutra.'

Co za głupek. Tłumaczy się Hiro, a potem znowu mi, cały Yasu, wciąż zakręcony. 'Nie miałem serca cię budzić.', matko, jaki on jest miły... Do wszystkich ma takie podejście...? Kurde, chyba nie zobaczył moich piosenek?

Nie, na pewno by nie grzebał... Nie? Dobra, dość! On taki nie jest. A teraz trzeba pograć na gitarze.



***



Wewnętrznie uspokojony, z bananem na twarzy przyszedłem nieco wcześniej do szkoły, żeby uporządkować papiery. Normalnie jak druga praca. Ludzie chyba cierpią na bezsenność, skoro tyle ich tutaj o siódmej rano. Poszaleli, jak nic.

W czasie, gdy wchodziłem na teren liceum, w jego jednej części czarnowłosy pogrążony w rozmyślaniach, w ślimaczym tempie pokonywał spore odległości. Na wylocie korytarza, który prowadził do małego parczku, zarył nosem czyjąś torbę.

- Uważaj jak chodzisz... - mruknął nieszkodliwym półgłosem, podnosząc do góry łebek.
- Sam uważaj. - wysoki, wysportowany, krótkowłosy szatyn z postawionymi gdzieniegdzie włosami na gumę zmierzył nastolatka od stóp go głów.

Zapadło między nimi zaskakujące milczenie, w którym uważnie analizowali swój wygląd. Ukysia nagle olśniło, przez co z szeroko otworzył ślepka i w tym samym momencie razem z przybyszem wytknęli się palcami.

- To ty!
- Od kiedy ty tu chodzisz? - siedemnastolatek zacisnął palce.
- Od niedawna... Haha, ty tutaj! Tego bym się po tobie nie spodziewał. Co, tutaj chciałeś poukładać sobie życie? Bo wielka szkoła? - kpiąca postawa nieznajomego powoli wyprowadzała czarnowłosego z względnego spokoju.
- Jak nic nie rozumiałeś, tak dalej nic nie rozumiesz i się nie zmieniłeś.
- W porównaniu do ciebie na pewno się zmieniłem. Zresztą nie mam na ciebie czasu. Idź się dalej użalać. - wysoki chłopak ominął Igichiego, łapiąc wygodniej sportową torbę.
- Czekaj! - niższy chwycił go za ramię, mocno za nie ciągnąc.
- Nie dotykaj mnie. - szatyn zabrał rękę, patrząc z pogardą.
- Gdzie on jest? Też tutaj?
- Nie wiem, daj mi spokój.
- Musi tu być, wszędzie razem chodzicie!
- Powiedziałem, spadaj. - irytacja nowego zwiększyła się o kilka stopni, więc z westchnięciem odszedł w drugi koniec korytarza.
- Kono...!

Gdy siedemnastolatek po raz kolejny porywczo zacisnął palce na barku zielonookiego, przerwał nić cierpliwości i oberwał pięścią po nosie oraz ustach. Od razu upadł pośladkami na podłogę, patrząc w górę na swojego oprawcę, który lodowato wtapiał w niego gały.

- Pedał. - rzucił z wielkim obrzydzeniem i wznowił chód.

Podążając bocznym korytarzem nagle spostrzegłem, że z innego rozgałęzienia wypadł Ukyo, trzymający się za nos. Pewnym krokiem w niedługim czasie dotarłem do bruneta, obserwując kropelki krwi, a potem wysokiego chłopaka, odchodzącego w kierunku sali gimnastycznej.

- Ukyo, co się stało? - o dziwo moja obecność nie wywołała na nim większego wrażenia, bo przetarł dłonią nos i podniósł się na nogi jak gdyby nigdy nic.
- Nic.
- Chcesz chusteczkę?
- Możesz dać. - odwrócił wzrok, czekając na papier.
- Kto to był?
- Konosuke. - odpowiedział bez emocji, zadzierając wysoko głowę.
- Gdzie! Opuść głowę, a nie unosisz.
- Oj no dobrze... - burknął, kiedy złapałem go za kark.
- Nie uczyli cię niczego na biologi?
- Oj no Taisho, Jezu, nie wiem! - mega zirytowany podniósł głos, przez co zaskoczony uchyliłem powieki - Sorry... Nie chciałem... - zaczął się tłumaczyć, gdy ujrzał moją minę.
- Nic się nie stało... - uśmiechnąłem się przyjaźnie, analizując całe wydarzenie.
- Mógłbyś mi pomóc? - widząc moje pytające spojrzenie odsunął chusteczkę od dziurek - Opatrzyć to. W ogóle trochę mi słabo.
- No jasne... A leciała ci wczoraj krew albo coś? - zdjąłem z jego ramienia plecak i położyłem go obok swojego.
- Nie... - stał jak bezradna owieczka, z poharataną twarzą i ociupinkę blady. To sprawiło, że spoważniałem, zachowując zimną krew.
- To nie powinno być ci słabo. - dłonią podparłem jego plecy, a drugą zgiąłem chusteczkę - Usiądź. - z ociąganiem wykonał moje polecenie, ulegając naciskowi, który zmusiłem, aby opuścił dyńkę. Odnajdując wśród kosmyków malutki nosek, przyłożyłem do niego papier, mocno go dociskając. Przez cały czas trzymałem go dłonią, ponieważ czułem, jak się osuwał.
- Dzięki... - zamknął sobie oczy, próbując okiełznać wybuch złości i wspomnień.
- Kto to był? Znałeś go?
- Taa... Konosuke, jak zresztą połowa szkoły, wyzywał mnie od pedałów, cioty i tak dalej, więc trudno byłoby zapomnieć.

Luzacki ton, jakim się posługiwał zbił mnie nieco z tropu. Ukyo potrafi coś olać? Aż trudno w to uwierzyć, szczególnie, że poznałem go już dosyć daleko. Oj, w tym momencie stał się jeszcze większą zagadką.

- Niby dlaczego? Przez twoją budowę?
- Nie, przez twarz. Przecież wyglądam jak baba. - westchnął, aż poczułem w swojej dłoni jego żebro.
- Kto ci takich głupot nagadał? - zmarszczyłem czoło, a on podniósł twarz na tyle, by móc na mnie luknąć.
- Od dzieciaka przeżywałem w szkołach piekło właśnie przez swoją urodę. Taisho, halo, wyglądam jak baba!
- Chyba masz jakąś obsesję. Masz no... Męską twarz! Nigdy nawet nie pomyślałem, że przypominasz dziewczynę, a raczej zwracam uwagę na szczegóły. Niby dlatego, że masz mniej ostre rysy niż na przykład ja?
- Nie wyglądam...? - pozytywny szok wręcz wypływał z jego tęczówek, chyba go zatkało. Ale to co rzuciłem... Ma jakieś znaczenie? Tylko stwierdziłem fakt... Jeśli dzieciaki śmiały się z tego powodu, jak u mnie z oczu... Wiem co musiał przeżywać. Tyle, że on miał większy problem.
- No jasne, że nie! - klepnąłem go w ramię, a on pociągając nosem uśmiechnął się nareszcie szczerze.
- Dzięki... Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy... - widząc jego twarz, roześmiałem się i to zdrowo - Tak, pewnie teraz wyglądam jak baba z tamponami w nosie...? - uśmiechnął się, Ukyo powrócił! Tak nagle?
- Nie zaprzeczę, haha. Wyjmij je, już wyglądasz lepiej.
- Dzięki... Naprawdę. 
- Nie dziękuj, tylko nie stresuj się tak. Nie myśl o przeszłości, ludzie to durnie, często nie widzą niczego prawdziwego i oceniają po bardzo mylących pozorach. - puściłem mu oczko, na które wlepił się w mnie, ze słodkim uśmiechem. 

Subtelnym niczym lekki puch.


1 komentarz:

  1. Uff wróciłam xD
    Naprawdę nie miałam czasu na nic, ale dziś nadrobię i czytam do samego końca ^^
    No a rozdział jak zwykle prześwietny ;D

    OdpowiedzUsuń