09.06.2012

Rozdział 53

Stoimy. W ciszy. On ma spuszczoną głowę, zaś ja patrzę pustymi oczami na brązowe kosmyki. Nie mogę dłużej znieść tego stanu, muszę jako pierwszy...

- Chciałem... - w tym samym momencie powiedzieliśmy identyczny wyraz, oglądając wnętrze swoich źrenic, w których teraz mieniło się życie - To znaczy... - ponownie nasze głosy zgrały się ze sobą, tworząc przepiękny duet - Byłem... - kolejny przystanek wtrącił się między wyrazy - Ty pierwszy... - dwa westchnięcia zgrane ze sobą idealnie, spowodowały podniesienie mojej dłoni.

Zapragnąłem swoim tradycyjnym pstryczkiem dotknąć jego nosa, ale on również wpadł na ten sam pomysł, przez co czynność została wykonana w takim samym czasie. Dotykając opuszkami swoich aparatów oddechowych oczekując na reakcję drugiego, zaśmialiśmy się cicho. To zachowanie momentalnie mnie rozczuliło, dlatego rozładowałem atmosferę śmiechem, nie mogąc go dłużej powstrzymywać. Jednak nie był on taki, jakbym chciał...

- Sorki Yasu, miałeś rację. Coś mnie dzisiaj ugryzło i po prostu nie chciałem się na tobie wyładować, co i tak w pewnym sensie zrobiłem. - odważnie rozpocząłem rozmowę.
- Wiedziałem... Coś z Hiro czy może Eizo? Albo szkoła, przedmioty? - seria pytań zaatakowała mnie dosyć obszernie, dlatego oparłem dłoń na chłodnej ścianie, wieszając się na niej.
- A tam. Jestem trochę zły na rodzinę. - lepsze takie wyjście, niż udawanie, że nic się nie dzieje, bo u niego to nie przejdzie.
- Przecież mogłeś powiedzieć. - westchnął, przyjaźnie wyginając wargi - Ale tak, dorosłeś. - zerknął na mnie wymownie, powstrzymując się od chichotu.
- Jasne, wiem, dlatego jak będę chciał, to się wyspowiadam. - palcami rozczochrałem giętkie kosmyki. 
- Mmm, nie rób tak. - nadął policzki, podszczypując moją skórę - Bo potem każdy stoi mi w inną stronę.
- Taki zwyczaj. - wzruszyłem ramionami, spoglądając na niego z ukojeniem.
- Wiem i właśnie dlatego czuję się jak jakieś dziecko albo tak, jakbyś był moim ojcem. - popatrzyliśmy na siebie w skupieniu, natychmiast śmiejąc się z wyobrażenia - Fajne wąsy.
- Fajne pantalony.
- Fajne dresy.
- Fajne rzęski.
- Idziesz gdzieś po południu? - coś jak gwałtownie wypuszczona strzała przebiło moje serce, przyspieszając jego skurcze. 
- Nie wiem... Raczej nie, bo mam zajęcia z Eizo. - chociaż kiedyś znalazłbym dla ciebie czas...
- Rozumiem. Jak ci idzie? - przystopował z wesołym humorem, przypatrując się jak moje ręka systematycznie ugniata biały tynk.
- Razem z Eizo powinniście zostać nauczycielami pracującymi w tej samej grupie, a nawet klasie.
- Taak... Zawsze byłem świetny.
- A przede wszystkim skromny.
- Dokładnie.
- Tak w ogóle to nie masz treningów?
- Oczywiście, że mam, ale dawno z tobą nie rozmawiałem, do tego dzisiaj rano... Myślałem, że coś się stało, lecz znasz mnie, za dużo myślę.
- Zajmij się własnymi sprawami i wygraj mecze, to będę szczęśliwy. - wyprostowałem się, zaczynając iść w stronę klasy - Chodź już, bo się jeszcze spóźnimy.
- Racja! - machnął dłonią, rozpoczynając opowieść o jakże fascynującej grze. Nie... Właściwie w jego ustach brzmi to jak najwspanialsza książka... Taisho, skończ! - Yasuro, w lewo. - nawróciłem nadpobudliwe ciało szatyna na odpowiednią drogę.
- Ale mówię ci! Jeszcze trochę, a naskoczyłbym na tego chłopaka.
- Yhym, jasne, a Kaoru jest baletnicą.
- No co! Sądzisz, że niby nie umiem być chamski? W takim razie Kaoru ma ładne wdzianko.
- Nie o to mi chodziło... - sapnąłem - Po prostu nie widzę cię aż tak zdesperowanego, aby kogoś obrażać.
- W sumie racja... - zamyślił się, oglądając tablicę ogłoszeniową, a ja intuicyjnie zwróciłem wzrok w prawą stronę.
- Chłopakiii! - Watanabe od tyłu uwiesiła się na naszych szyjach - Już myślałam, że nie przyjdziecie!
- Ja bym się spóźnił? W życiu. - odrzekłem, wchodząc do świeżo otwartej klasy.
- Koniec świata. - pokręciła głową i popchnęła zielonookiego, depcząc mu po piętach.

Nauczyciel odchrząknął sobie kilka razy, ponieważ coś ugrzęzło mu złośliwie w gardle, więc zrezygnowany tym widokiem, podpierając standardowo brodę na stojaczku nadgarstkowym, zacząłem wpatrywać się w dokładniejszy schemat budowy DNA. Nie minęło może dziesięć minut tej nudnej jak flaki z olejem lekcji, a do klasy zapukawszy trzy razy, wtargnął dorosły, lecz młodo wyglądający mężczyzna.

- Dzień dobry i przepraszam bardzo, ale niezwłocznie muszę zabrać syna. - ciekawscy uczniowie zaczęli ustalać tożsamość przybysza.
- Oczywiście, nie ma problemu. - biolog zanotował coś w dzienniku, a Yasuro zręcznie zapakował wszystkie swoje rzeczy i wstał z krzesła. 
- Na razie. - siedemnastolatek na luzie machnął mi na pożegnanie ręką. 

Po raz pierwszy ktoś z dorosłych wzbudził we mnie taką sympatię, toteż ciepło uśmiechnąłem się do pana Osamu. On także przywitał mnie przytulnie, a po paru sekundach oboje wraz z synem, wyszli z pomieszczenia, zostawiając klasę oskubaną z jednej osoby.


***


Ciekawe co on tak długo tam robi... Jak kiedyś go zabrał, to po trzech lekcjach był z powrotem, a teraz minęło sześć, a jego nadal nie ma... Heh, patrząc na jego ojca przypomniały mi się sympatyczne chwile związane z biurem oraz Kaoru. Klubem, parkiem...

No dobra Taisho, wracamy do żywych, Ukyo czeka już na ciebie pod osobistym drzewem. Tak, to moja wierzba, a co. Wierzba... Wierzbieńka... Wierzbuńcia...

- Hej Ukyo. - ciesz się czasem, który masz zaszczyt spędzić z ludźmi dla ciebie nieobojętnymi. 
- Oo, Taisho! - pokręcił dłonią, aby zarejestrować godzinę - Nie spóźniłeś się. - uśmiechnął się szeroko. Z kłami byłoby mu w sumie do twarzy...
- Ja i spóźnianie? - uniosłem jedną brew, stojąc nad nim jak kat nad biedną duszą.
- To takie dziwne? - rozpinając pokrowiec od instrumentu, kątem oka przyglądał się mojej twarzy.
- A no tak, ty nic nie wiesz. Ja nigdy się nie spóźniam, przenigdy. - kciukiem narysowałem w przestrzeni duży 'X' i usiadłem sobie obok niego - Ćwiczyłeś?
- No, a jak! I w miarę to opanowałem, chociaż ciągle coś mnie rozprasza.
- Ehh, chłopie, to zejdź na ziemię. - popukałem go leciutko w dyńkę. 
- Uff, dotarłem. - wystawił mi język, a ja tylko spiąłem w niedowierzającym grymasie usta - Szkoda czasu, mogę? - zapytał, gdy niezwykłym trafem gitara znalazła się w moich objęciach.
- A, tak, jasne.

Ale zerwał się silny wiatr...


***


Długowłosa grzecznie spoczęła na ławce, stojącej tuż przy ogromnym oknie. Odgarnęła chaotycznie ułożone włosy i popatrzyła na swojego przyjaciela, przesiadującego na szerszym parapecie, z plecakiem ledwo trzymającym się na przedramieniu.

- Wiesz... - zaczęła dosyć niemrawo - Nie masz czasami wrażenia, że coś dolega albo trapi Taisho?
- Mam. - odsapnął głośno, z łagodnym uśmiechem obserwując brązowe kółeczka nastolatki.
- Nie chciałam wyjść na wścibską czy coś, dlatego nie pytałam...
- Przesadzasz, przecież cię nie zjem. - zaśmiał się krótko - Matkoo... Ale mnie ojciec wycisnął w tym biurze...
- Nie pytałeś dlaczego? - w ogóle nie zwróciła uwagi na propozycję zmiany tematu.
- A po co?
- No wiesz... Może coś mu się dzieje i czeka, aż ktoś zapyta?
- Nie... Taisho taki nie jest. Zazwyczaj chowa wszystko w sobie, aby nikt się nim nie przejmował, bo wtedy musiałby rozmawiać.
- Czyli nie będziesz pytał? - Akane złączyła ze sobą wszystkie palce, tworząc skuteczny uścisk.
- Nie. Jeśli będzie chciał, to sam powie, znam go. - uniósł czaszkę, spoglądając jakby z dumą przez szkolną szybę - Jestem cierpliwy i wiem, że jeśli sobie z tym nie poradzi, przyjdzie, ale on w 90% wszystko rozwiązuje sam, więc wystarczy poczekać. Potem będzie jak dawniej. Znamy się tyle lat, że aż wypada mu wierzyć. - po większej wypowiedzi, Watanabe od razu przygasła, rozumiejąc to, co czuję.


A przynajmniej chciałbym wierzyć, że cokolwiek mi powie. Znowu się zamyka, widzę to, gdyż na jego zachowanie nie jestem ślepy. Znam go za dobrze, aby myśleć, że nic mu nie dolega. Owszem, poczekam tyle ile będzie trzeba, ale nie mogę pozwolić, by znów zamknął się w sobie i nie chciał dopuścić do siebie żadnej osoby. No... Wiem, że ma siedemnaście lat, już nie jest taki jak kiedyś, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że zaczyna uciekać od świata...

- Również poczekam. - rzekła cicho, lustrując lekko kołyszące się pasma włosów Higoshiego oraz jego pełną siły postawę. Zauważyła w nim to, co ceniłem sobie najbardziej - wiara zakorzeniona w sile, którą potrafi wyzwolić w najmniej oczekiwanym momencie. Ma w sobie takie coś, że nawet jakby karmiłby mnie swoimi kłamstwami, bez cienia wątpliwości zjadłbym wszystko nie zastanawiając się nad składnikami - Tak poza tym, gdzie on jest?
- Nie wiem... Pewnie coś załatwia.

Ptaki błądzące bez celu po soczystym trawniku poderwały się z miejsca, szybując tuż nad sporą powierzchnią szkolnego parku. 


***


- Taishooo! - czarnowłosy z wielkim stęknięciem opadł plecami na miękką glebę - Wykończysz mnie.
- Nie kładź mi się tutaj, tylko graj. - łapiąc go za szyję oraz lewy bark, zmusiłem jego plecy do powstania - Gitara w dłoń i ćwiczymy palce. - zdecydowanym ruchem ułożyłem opuszki Igichiego na cienkim, złoto zdobionym gryfie.
- No już, już...
- Lenistwo musi zostać stępione przy tak dobrym narzędziu. - znajoma mowa dobiegła do nas zza drzewa. 
- Ee? - Ukyo nie patrząc na białowłosego, wybałuszył oczy unosząc jedną brew.
- Chciał powiedzieć, że masz się brać do roboty, bo inaczej się wkurzę. - zmrużyłem wojowniczo powieki, mrożąc spojrzeniem drugoklasistę. 
- Aa, no to nie można tak od razu? - wyszczerzył się od ucha do ucha, po czym odpowiednio nacisnął progi - Już się biorę za gra... - szarooki bezszelestnie przykucnął obok gitarzysty, opierając łopatki o gładką korę, lecz po chwili trochę wyprostował nogi - aaa... - siedemnastolatek wskazał palcem na nowo poznanego człowieka.
- Ej, bo ci mucha wpadnie, graj.
- Jaaa! Ty jesteś Katsuyoshi Hanari?! - młodszy narwaniec dosłownie rzucił się na biednego długowłosego.
- Kurde, Ukyo! Dbaj o sprzęt, a nie wyrzucasz swój dobytek z dala od siebie. - fuknąłem, gdyż instrument wbił się w moje wrażliwe biodro.
- Tak, tak się nazywam... - Hanari zaskoczony takim wyskokiem, z przerażeniem wpatrywał się w twarz Igichiego.
- Jacieee! Nie wiedziałem, że doczekam tego dnia! - czarnooki bezmyślnie okrakiem włażąc mu na kolana, zaczął wąchać gładkie piórka, które capnął w swoją łapkę - Aaale pachną! Mówili, że ponoć pomarańczą, ale ja tu czuję zapach jakichś przepięknych kwiatów... - zamknąwszy powieki, narkotyzował się wonią włosów, a biedna ofiara jedynie rozłożyła dłonie, aby i one nie zostały uszkodzone.
- Weź go puść, bo zaraz go zgnieciesz. - pociągnąłem lekko granatową koszulkę.
- Maatkooo... Uwielbiam cię za ten zapach... - cały rozmarzony objął talię szkolnego księcia, splatając ze sobą palce na jego kości ogonowej, a mózgownicę położył na drobnej klatce piersiowej, osuwając się centymetr niżej.
- Przepraszam bardzo... Kto to jest? - Katsuyoshi bardziej przylgnął do drzewa, dłonie wgniatając w zieloną trawę.
- Tak... - kilka razy jakby stuknąłem zębami - To jest właśnie Ukyo, mój kolega, którego uczę grać na gitarze, co jak widać nie jest takie proste... - normalnie zaraz go zabiję...
- Ah tak...
- Ale coś mi się zdaje, że z takim zapałem nie zdążę do przedstawienia.
- O, wystawiacie jakąś sztukę?
- No tak... Jeśli pójdziesz do sali nr 24, gdzie jeszcze niedawno znajdował się niby magazyn, to zobaczysz, że praca cały czas wre.
- A nie, nie... Chciałem się tylko zapytać, dlatego raczej nie przyjdę. Zresztą co mógłbym tam robić, to wasza próba. - jego zdziwienie spowodowane zachowaniem czarnowłosego przeszło już po paru sekundach, ukazując fascynującą obojętność połączoną z życzliwą charyzmą. 
- W każdej chwili każdy może do nas dołączyć.
- Dziękuję, ale również nie skorzystam. Chyba wolę poczytać książki...
- Skoro tak uważasz... Ale ktoś tam zawsze powinien być. - uśmiechnąłem się łagodnie, widząc jego przyjazne usta.
- Ooo... Od kiedy wy się znacie? - Ukyo z trudem, ale jednak usiadł po turecku, biorąc ode mnie gitarę.
- W sumie poznaliśmy się dopiero dzisiaj. - wzruszyłem ramionami - A teraz graj, bo przerwa nie będzie trwać wiecznie.
- Nie zwracajcie na mnie uwagi, chciałem tylko nieco poczytać. - bezkonfliktowe brzmienie oznajmiło zamiar właściciela, więc przystąpiłem do roboty.

Chociaż Igichi nie poprawił zbytnio swojej gry, chyba dzięki kojącej obecności Katsu czułem miłe mrowienie na całym ciele. Cieszę się, że przyszedł. Może nareszcie zazna trochę przyjaźni? Tak, Taisho dobra dusza, nie ma co.

Po lekcjach pewnie pójdę do Eizo, następnie nieco się pouczę... Posprzątam w domu no i pogram na gitarze... Porozmawiam z Hiro, bardzo możliwe że z mamą też... I takim oto sposobem dojdę do tego, że w ogóle nie myślałem o Yasuro. Jestem wprost genialny, co potwierdziła mrówka wspinająca się po mojej górnej kończynie. 

A gdyby tak ją zgnieść... Zniknęła by, jak największe problemy? 


8 komentarzy:

  1. Tai naprawdę się otwiera na nowych ludzi i do tego wciąga do swojego świata innych zagubionych. Cudnie xD

    OdpowiedzUsuń
  2. JEJKU, TA SCENA POD DRZEWEM CUDOWNA....

    OdpowiedzUsuń
  3. Uuu Widzę coś w przyszłości między tym Katsu a Ukyo =3 ten siedzi nad książka a tamten siedzi Za nim i ciągnie go Za włosy gryzac po szyi XD *w* -Ale mam chore pomysły - YoOomixkun

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trza to narysować , już włączam Gimpa :D

      Usuń
    2. jak skończysz możesz mi podesłać rysunki (:

      Usuń
  4. Ukyo x Katsu mmm juz mi sie podoba :D Moze zaznam tu jakiegos yaoica~RR

    OdpowiedzUsuń