09.06.2012

Rozdział 55

Czwarty dzień. Już tyle godzin nie widzę Yasuro, ponieważ ciągle ma jakieś treningi. Się znaczy zdarzy się, że mignie mi na korytarzu, owszem, ale nawet rano nie mogę po niego przyjść, gdyż o tej godzinie ma tam jakieś spotkanie. Nie wiem i nie interesuje mnie to.
Mimo wewnętrznych sprzeciwów, każdą przerwę spędzałem w towarzystwie Akane, żeby nie poczuła się samotnie, a w sumie... Co będę ukrywał. Polubiłem ją i to bardzo, poznałem dokładniej, przez co prawie cały czas mieliśmy jakiś temat do rozmów. Długie przerwy, którymi dysponowałem, należały do mnie i Ukyo, proszącego mnie prawie na kolanach o dalszą pomoc w grze na gitarze. Nieustannie cicho oczekiwałem przyjścia Katsu, ale od ostatniego spotkania również i z nim straciłem bliższy kontakt. Dlaczego w ubiegłych dniach wszyscy, na których najbardziej liczę, muszą mnie zostawić? Czyżby było ze mną gorzej, skoro wymagam czyjejś uwagi?

- Siemka Taisho. - czarnowłosy skinął przed moim nosem głową, aby należycie się przywitać. W prawym ręku tradycyjnie trzymał twardy futerał i tylko czekał, aż zaprowadzę go do naszego miejsca.
- Hej Ukyo, hej... - westchnąłem, widząc jego olbrzymi entuzjazm. Czy on się nigdy nie męczy? - Mam dla ciebie pewną propozycję.
- Ooo, jaką?
- Usiądźmy. - zarządziłem, a sam oparłem się o coraz wygodniejsze drzewo. Kiedyś pewnie wyżłobię je plecami, heh - Usłyszałem od Eizo, że mamy pracować pełną parą. On teraz prowadzi jakieś warsztaty czy coś takiego i wypadnie nam parę prób.
- No tak... - zaciekawiony oparł kciuki o wargę oraz skrzyżował nogi.
- No. W takim razie, skoro pomagam ci tylko na długich przerwach, a widzę, że niestety bez większego treningu daleko nie zajdziemy, proponuję naukę po szkole.
- W sensie, że dasz mi większy wycisk? - przestraszony zmarszczył czoło.
- Dokładnie. - uśmiechnąłem się kącikami ust, podciągając lewą nogę do torsu.
- Świetny pomysł. - jak to potrafi tylko on, jego nastrój zmienił się w ogromny optymizm - Może takim sposobem w krótkim czasie nauczę się jako-tako grać.
- Jakie 'jako-tako'? Umiesz bardzo dużo, ale ja wymagam więcej. - na moje zdanie Igichi przyłożył sobie dłonią w łepetynę, wzdychając ciężko - Okej, to w takim razie u ciebie?
- Dlaczego u mnie? - jakby w obawie przed nie wiadomo czym, wstał z miękkiego podłoża, otrzepując spodnie.
- W takim razie możemy u mnie. - zaproponowałem, wolno się podnosząc.
- Nie no... Moglibyśmy u mnie, ale ostatnio mam remont i w ogóle... - za plecami zacisnął swoje palce w mocny zamek, uciekając ode mnie wzrokiem.
- Spoko, przecież nic nie szkodzi. To nic takiego, jeśli zajdziemy do mnie, mi to wręcz bardziej na rękę. - rozsunąłem upierdliwe kosmyki, obserwując jego dziwne reakcje.
- Eh... No wiesz, tyle mi pomagasz i w ogóle... A, no...
- Ukyo, okej. - złapałem go za barki, patrząc przekonująco w głąb smolistych kleksów.

Nastolatek chcąc coś powiedzieć, darował sobie na samym wstępie, zerkając to na mnie, to na moją kończynę, pytającym spojrzeniem. Jeszcze nie do końca potrafiłem rozróżnić moment, w którym się denerwuje lub chce coś ukryć, dlatego jedynie stworzyłem dla niego olśniewający uśmiech, któremu zaufał, rozchmurzając się. Ludzie to jednak mogą okazać słodką skruchę.



***



Z sekundy na sekundę, czarny kabel maskując się jak kameleon, sprawdzał szczyty mojej cierpliwości. Przeszukałem łóżko, szafki, półki, biurko, nawet plecak, chociaż to było mało możliwe, aby tam był, a po tym głupim drucie ani śladu! No zaraz mnie coś trafi...

- Dobra, spokojnie, przecież musi tu być... - wziąłem monstrualny wdech i rozluźniłem jak najwięcej mięśni.

Ze znudzeniem zacząłem przeszukiwać wzrokiem każdy zakamarek pomieszczenia, aby tylko odnaleźć ten pierdzielony...
O, jest! Na... Szafie? Okej, nie skomentuję... Nawet gdybym był pijany, to w życiu nie położyłbym go tak wysoko. No tak, Hiro... Przysięgam, że kiedyś własnoręcznie ukręcę mu ten zatwardziały kark. Po przedwczorajszej uwadze, że on się boi takich przewodników elektrycznych, rzucił na deskę mój łącznik z piecem, uświadamiając mnie w tym, że trzymam w pokoju niebezpieczne gady. 

Pozwoliłem sobie na wygięcie jadaczki w geście pożałowania dla mężczyzny, o dziwo po dwudziestce... Cóż, różne ludki hasają po naszym globusie.
Złapałem skamieniały gryf, słysząc przyjemny, jednosekundowy zgrzyt, będący częścią podłączenia gitary do mojego przetwornika. Chciałem na szybko przegrać jakąś piosenkę, ale mój gość bezlitośnie zgonił mnie na dół, nie odrywając palca od dzwonka.

- Czy nie wiesz, że dzwoni się raz, góra trzy razy? - w miarę grzecznie zwróciłem mu niewielką, wręcz skromną uwagę.
- Myślałem, że jest zepsuty, bo w ogóle nie słyszałem dzwonka.
- Ah tak, nowy... - burknąłem pod nosem, znacząco wskazując na przedsionek - Obrabowałeś księgarnię? - ze strachem przewracałem kolejne kartki w teczce, piętrzące się coraz to grubszymi warstwami. 
- Oj, tym się nie przejmuj. Tam dalej są utwory, z których uczyłem się grać. Te nowe są już nasze. - prawie nadział się na wieszak, z którego wystawały cieniutkie pręty, ponieważ jak to na niego przystało, niezdarnie ściągając buta, zahaczył o własne przedramię.
- Geez, ty się kiedyś sam zabijesz... - zjechałem opuszkami po własnych policzkach.
- Dlatego mam ochraniacze.
- Nie mów. - przerażony jego pomysłowością, zastygłem jak świeżo rozlany wosk. Mógłby mnie ktoś na nowo podpalić przy normalnej osobie?
- Żartowałem. - śmiejąc się donośnie z mojej miny, klepnął mnie w kark.
- Chodź, ty kabareciarzu jeden. - uprzejmie, biorąc od niego lżejszą rzecz, poprowadziłem go do raju - czy jak kto woli, mojego pokoju. Ah, jakiż ja jestem zabawny.
- Ty, zgubić się można. - energicznie złapał za szeroką werandę, skręcając w odpowiedni kierunek.
- Kolejny, trafny żart? - uniosłem brew, zbliżając się do moich czterech ścian.
- Serio mówię. - udając nieco niezadowolonego, przerzucił przez ramię opakowanie instrumentu.
- A teraz poznaj zacne miejsce twojego mistrza. - dodać do mojego gestu muzyczkę olśnienia i komedia gwarantowana.
- Phi. - słysząc fuknięcie znieważające moją osobę, zmroziłem go spojrzeniem - Żartowałem. Naprawdę, fajnie tu masz. - ukucnął przy sporym łóżku, dotleniając wspaniałą gitarę.
- Dzięki. - zamknąłem drzwi i zręcznie prześlizgnąłem się obok niego - Daj, dzisiaj zaszalejesz z piecem.
- Łoo! Jaki ogromny! - podskoczył w miejscu, podbiegając do kwadratowego klocka dosłownie na palcach - Cudeńkooo... - przylepił łapki do boków urządzenia i z rozmarzeniem począł pocierać twarzą o głośnik.
- Odejdź na chwilkę... - wcelowałem wtyczką w niewielki otwór i podniosłem musowo rozkojarzone ciało - Trzymaj i graj do woli. - puściłem mu oczko, a następnie usiadłem na obrotowym krzesełku. 
- Jasne!

Jak to w życiu często bywa, moje zdrowie zostało uszkodzone, ale nie przez swoją głupotę, tylko to Ukyo pozbawił mnie paruset komórek z rzęskami, więc na dobry słuch w przyszłości nie mam co liczyć. Pomijając tę eksplozję dźwiękową, z przyjemnością patrzyłem, jak zaczyna wydobywać spokojnie, melodyjne dźwięki. 

Brakuje mi Yasuro. Tak. Szczerze mi go brakuje. Jak nie w szkole, to po lekcjach z kolei ja od niego uciekam, a mógłbym się spotkać wieczorem. Ale czy... To ma jakiś sens? Po co człowiek czuje... Może siebie samego katować przeogromnym bólem, który nie mija, a jedynie może zostać zasklepiony. To takie zabawne? Dające satysfakcję? To bez sensu, a ja... Co właściwie czuję?



***



- Nie wiem jak mam ci dziękować. To pomaga bardziej niż w szkole. - czarnooki właśnie dopinał żelazny pancerz.
- Logiczne, trzydzieści minut, a sześćdziesiąt. Co lepsze? No właśnie. - nie nasłuchując jego odpowiedzi, samodzielnie potwierdziłem swoją tezę.
- Taisho? - chłopak zmienił barwę głosu na stanowczo poważniejszą.
- Słucham. - zaciągnąłem gumkę na odpowiedni róg teczki i zbliżyłem się do niego.
- Dlaczego zacząłeś grać? - odważnie świdrował moje tęczówki, upierając się, że dostanie odpowiedź.
- Może chciałem się wyciszyć... A może bardziej potrzebowałem przelania miłości do czegoś innego, niż rodzina?
- Hmm... Czyli właściwie grasz już... - oglądając swoje palce, podniósł wzrok na mnie.
- Tak na dobre zacząłem w wieku dwunastu lat od gitary elektrycznej, ale kiedy byłem dziewięciolatkiem, grywałem czasem na akustycznej. 
- Sporo... - zamyślił się, a kolor jego głębokich tarcz nieco wyblakł - Gram od ciebie zaledwie o dwa lata krócej, a umiem w porównaniu do twoich umiejętności... Bardzo mało.
- Tylko bez takich, dobrze? - z absolutną powagą chciałem mu wybić takie myśli z głowy - Pewnie miałeś dużo spotkań, wszędzie wychodziłeś, prawda?
- No racja... Znasz mnie trochę, rozrywa mnie, nosi...
- A więc masz odpowiedź. Ja wolałem - albo i musiałem, chcąc uciec od rzeczywistości... Zaszyć się... Grać, kocham muzykę, dlatego też przegrałem więcej niż ty.
- Rozumiem, ale...
- Zazdrość do niczego nie prowadzi. - ściągnąłem dwie poprzeczki odgrywające rolę daszku nad powiekami i rzekłem spokojniej - Ucz się dla siebie albo dla kogoś, ale nigdy dla chciwości, chęci zwycięstwa, bo takim postępowaniem będziesz się tylko cofał, zamiast iść naprzód. - jego wzrok wyraził ogromne skupienie, a jednocześnie zadumę, jakbym przewrócił jego życie do góry nogami. Podałem mu teczkę, a dolną wargą objąłem górną.
- A ty... Grasz dla kogoś, prawda? - to wstrząsnęło mną dogłębnie, aż zapomniałem jak należy oddychać. Najpierw wdech, potem wydech, mam rację, tak? - Takie odnoszę wrażenie widząc, ile wkładasz w to uczucia. To widać...

Przecież... Ja... Samodzielnie, dla siebie? Ten chłopak przypomniał mi coś bardzo ważnego... Chyba od tego się zaczęło, przełamałem się do gry na gitarze, po dość okropnych doświadczeniach. Wspomnienia...



***



~ 5 lat wcześniej ~

Orzechowowłosy przyjaciel zwinnie wskoczył na blat biurka, wdzięcznie machając nogami.

- Chyba znowu zacznę grać na gitarze, tyle, że elektrycznej. - powiedziałem, wyczekując ze zniecierpliwieniem na odpowiedź Yasuro.
- To bardzo dobrze! Wiesz, że niedługo koniec podstawówki i pójdziemy do gimnazjum, a fajnie byłoby pograć przez wakacje. No nie? - jego perlisty uśmiech dodał mi nieopisanej wiary oraz mocy.
- Chyba tak... Lubię grać... - obserwowałem, jak firanka prześlizgiwała się po jego bluzce, fałdując się w jasnych promieniach słonecznych. 
- No to graj. Pod koniec gimnazjum pewnie będziesz dużo umiał. Może coś mi kiedyś zagrasz, ne? - ochoczo podbiegł do mojej osoby.
- Może... - zarejestrowałem ciekawskie, zielonkawe oczy wbite w instrument.
- To jest ta gitara?!
- Tak, tata mi zafundował.
- Ojej, jaka śliczna! Idealnie do ciebie pasuje! - przez niego się zaśmiałem.
- Jak to pasuje? To tylko instrument. On nie może pasować do człowieka. - jak zwykle bez pośpiechu wziąłem wiosełko na kolana, spoczywając na łóżku.
- A dla mnie pasuje i już, trochę wyobraźni! - wesoły, dotknął palcem mojego czoła, a ja z obojętnością zacząłem coś brzdąkać.



 o o o 



Dlaczego zapominam o tak dużo wnoszących do mojego życia urozmaiceń, rzeczach, które nieświadomie prześlizgnęły się gdzieś między wersami ostatnich lat? Jeśli zagłębić się w to bardziej, to wtedy poczułem nową siłę do grania, przełamałem się dzięki świadomości, że ktoś we mnie wierzy. A on... Stanowcze słowa wypowiedziane tak łatwo, jakby na przykład przeniesienie wulkanu było czymś naturalnie prostym. Matko... Chyba nigdy mu się za to wszystko nie odwdzięczę. 



***



Gdy zostałem sam, rzuciłem się na kanapę, wybierając jego numer. Muszę usłyszeć jego głos, śmiech. Muszę, bo inaczej oszaleję. W takim momencie pragnę odetchnąć z Yasuro u boku...

Kilka sygnałów i jeden krótszy - odebrał. Serce podskoczyło, rozpoznając upragniony ton, a usta powędrowały na wyższy szczebelek. Przepełniony humorem, wręcz roześmiany... Tak, tego mi teraz potrzeba. Porozmawiać o nic nie znaczących rzeczach, wpłynąć w nurt słodko szepczących słów... Muszę usłyszeć, że nie jestem jednak sam, ale czemu poszukuję ukojenia u niego?

Nie liczyłem nawet czasu, ale uznając, że mam gorące ucho, zakończyłem miłą konwersację. Miałem jakiś trochę przygaszony głos, ale to chyba zmęczenie. Zwlokłem się z sofy, aby pójść do pokoju i przygotować się do snu... Co jest, tak nagle straciłem energię?
Wpadłem na pomysł napicia się wiśniowego soku, którego nie lubiłem, a teraz miałem dziwną ochotę wlać w siebie ze dwa litry tego smaku. 

- Oho, nie wiedziałem, że wpadł ci w oko kolejny chłopak. - Hiro sypiąc do szklanki świeżo zmielone ziarna kawy, po raz enty w tym tygodniu albo i w tamtym... Kij, próbował mnie jakoś rozweselić, ożywić?
- Skoro tak to widzisz. - otworzyłem lodówkę, łapiąc za zmrożony karton.

Nie usłyszałem żadnej riposty, ani też głupiego, w ogóle niestosownego komentarza. Smętnie zapamiętywałem kołyszące się wypukłości granatowej cieczy, a mój brat, zmartwiony badał mój nastrój. W końcu stopniowo, łyk po łyczku, opróżniłem zawartość przepełnionego sokiem naczynia, odczuwając bardzo przyjemne, zimne swędzenie. Odstawiłem szklankę od ust, patrząc na zegarek, przez co całkowicie zamulony pozwoliłem, by szkło wysunęło mi się z ręki i upadło na kafelki, rozpryskując się na wiele drobnych części. Nic nie mówiąc, nachyliłem się nad kruchym tworzywem i zacząłem chrzęścić pojedynczymi kawałeczkami, zaś Hiro stojąc już na dwóch nogach, powstrzymywał się od podejścia do mnie. Nie zważając na to, czy końcówki byłej szklanki są ostre, czy też nie, mechanicznie podnosiłem każdy odłamek, aż nagle czując coś piekącego na opuszku kciuka i dwóch najdłuższych palców, zaskoczony zerknąłem na dłoń. 

- Ajć... - szepnąłem ledwo dosłyszalnie, wpatrując się jak ostatni debil w rozcięcia.
- Dosyć tego. Taisho, co ci się dzieje? - czarnowłosy pociągnął mnie za nadgarstek i posadził na krześle. Wyciągnął z szafeczki wodę utlenioną, wacik oraz krótkie bandaże. Posłusznie wyciągnąłem łapkę pod opiekę brata, po czym tego pożałowałem, czując wkurzające szczypanie - Hmm? - szybko i perfekcyjnie owinął wokół moich patyczków cieniutką biel, martwiąc się potwornie o mój stan.
- Dziękuję. Wybacz, jestem śpiący, dlatego żeby nie narobić większych szkód, pójdę spać. - ziewnąłem, nieprzytomnie wychodząc przez próg kuchni.

Wybornie, czy zawsze to ja muszę być piątym kołem u wozu? Mógłbym go przynajmniej tak nie olewać, ale na serio... Nie mam nawet i na to siły.

Tak się zastanawiam... Czy kiedyś aby na pewno nie było lepiej? W sumie z Yasuro bliższą więź utrzymywaliśmy w przedszkolu. Potem on się gdzieś przeprowadził, przez co nie zachodziliśmy do niego po lekcjach w podstawówce, a że oczywiście nie mogłem wysilić nielicznych, szarych komórek, tylko sporadycznie wpadaliśmy do siebie. Żadnemu nie chciało się zbytnio drałować po szkole, jak przecież tylko w niej było zabawnie. Jakiś czas później, on poznał innych ludzi, ja również, ale ja to ja. Wolałem być sam, nie przeszkadzało mi to. W gimnazjum rodzice posłali nas do innych szkół, gdyż jego tata miał po drodze odbierać go ze szkoły blisko swojej pracy, aby zdążyć pojechać na liczne treningi gry w piłkę nożną. No i liceum. W pierwszej klasie wszystko się ożywiło. Dorośliśmy i to znacznie, dogadując się bardziej. Staliśmy się jak papużki nierozłączki, zacieśniając naszą przyjaźń z dnia na dzień coraz bardziej. A teraz co? Chcę go od tak sobie porzucić na dalszy plan, aby uciec przed prawdą, której nie chcę dojrzeć? Oj, chyba okłamuję samego siebie...


4 komentarze:

  1. Jejuu jaki on jest biedny,coraz bardziej zdołowany...Szkoda mi go :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Twoje opowiadanie wywołało twórczą inicjatywę i aktualnie jestem w trakcie kolorowania postaci Taisho ^^ Taka inspiracja właściwie, bo pewnie wyobrażasz go sobie inaczej, ale jak skończę, dam znać linkiem ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatnie zdania przypominają mi o mojej sytuacji i az się popłakałam :/ Świetne opowiadanie :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Przez te kilka ostatnich rozdzialow mam lzy w oczach. Niech bedzie jak dawniej, niech Taisho bedzie z Yasuro :c

    OdpowiedzUsuń