09.06.2012

Rozdział 56

- Taisho... - zamyślony, czy raczej zamknięty w swoich niekończących się rozmyślaniach, nie słyszałem wołania dochodzącego z granic salonu, w którym aktualnie pucowałem szklany stolik i układałem filmy na DVD - Taisho!
- Co. - z małym bulwersem odwróciłem wzrok w stronę Hiro.
- Wczoraj tam sprzątałem.
- No i?
- Więc możesz już przestać.

Bez większego przejęcia wzruszyłem ramionami, skupiając się na poprawnym porządku alfabetycznym. W sumie nie wiedziałem, że mamy tyle filmów, kiedyś trzeba je będzie obejrzeć. Gdyby ktoś mnie nie znał i przyglądał mi się z boku, uznałby, że moje zachowanie jest jak najbardziej normalne. No właśnie, 'ktoś'.

- Nie musisz niczego ukrywać. - zaczął czarnowłosy, opierając się bardziej komfortowo o białą ścianę - Wiesz, że zawsze...
- Niczego nie ukrywam. - wyprostowałem okładkę, która zagięła się w rogu pękniętego pudełka. Głośne, zrezygnowane sapnięcie, zmusiło mnie do bycia chociaż trochę ludzkim - Gdybym chciał ci coś powiedzieć, już dawno bym to zrobił. Wiem, że moje zachowanie jest nieco chamskie i w żadnym wypadku nie zasłużyłeś sobie na nie, ale nie widzę potrzeby, abyś zagłębiał się w sprawię, z którą mogę sobie poradzić. Po prostu potrzebuję czasu na przemyślenia oraz pełnej prywatności. Kiedy będę chciał powiedzieć, zrobię to.
- Dobra... - przeciągnął ostatnią literkę - Ale nie rozumiesz, że każdy człowiek potrzebuje pomocy i wygadania się?
- Jeśli to, że nie lubię dzielić się mało poważnymi sprawami uważasz za niezrozumienie, to owszem. W takim razie jestem głupi. - znowu między nami utworzyła się ogromna strefa ciszy. Szurnięcie podeszwy buta o panele, zainteresowało mnie do tego stopnia, iż łaskawie zerknąłem na brata - Idziesz gdzieś?
- Tak, muszę załatwić parę rzeczy. W końcu praca to praca, czasami musi być ciężko. - wyprostował się, zgarniając z szafki kluczyki od samochodu.
- Yhym.
- Chcesz coś? - zapytał, wkładając rękę do kieszeni dżinsów.
- Nie. Albo tak. Mógłbyś mi kupić kilka czarnych wkładów do długopisu oraz ryzę papieru. Byłbym wdzięczny.
- To wszystko?
- Tak.
- To na razie. - uśmiechnął się łagodnie, spoglądając na moją minimalną radość.

Widać było, że od razu z lekka mu ulżyło, widząc co prawda niemrawy, ale jak najbardziej szczery uśmiech. Zakręcił się w kółko, po czym wyszedł z mieszkania, pozostawiając po sobie głuchą pustkę. Odkładając ostatnią płytę, z westchnięciem opadłem w miękkie i przytulne objęcia kanapy, łapiąc za telefon.

17:19... Pamiętam jak w pierwszej klasie, w jakimś sklepie o tej godzinie oglądałem zawziętą walkę Yasuro. Haha, nawet teraz mogę zobaczyć jego pełną skupienia i przejęcia minę, kiedy kurczowo trzymał między palcami biały materiał bluzki z dziwną pacynką w kształcie królika, uświadamiając jakiemuś chłopakowi, że do jego stylu to nie pasuje, a zresztą był drugi. Nawet kasjerka badawczo patrzyła na tę dwójkę, a ja nie wtrącając się, powstrzymywałem napad śmiechu. Oczywiście Higoshi korzystając ze swojego talentu aktorskiego oraz mądrego gadanego, wywalczył długo oczekiwaną koszulkę. A triumf - nie do opisania. 

Luknąłem na pieszczoszkę, która dziwnym trafem na ułamek sekundy stała się nad wyraz wyczuwalna, dając o sobie znać. Otrząsnąłem się z tych przyprawiających o łezkę w oku wspomnień, idąc się czegoś napić. Dzisiaj mam ochotę na sok z białych winogron, a co. Lodówka specjalnie dla mnie zawsze wypełniana jest najróżniejszymi smakami, bo wszyscy wiedzą, że ja piję tylko to. No, jak tata wraca, wtedy dodatkowo kupują wodę gazowaną, ale to już inna historia. Przejechałem zabandażowanymi palcami po zimnym blacie i wywędrowałem z kuchni. Wdrapałem się po niewielkich stopniach i otwierając drzwi, przysiadłem do geografii. 

Gospodarka - najważniejsza spośród... '- Chcesz mentosa?'. Przypomniało mi się uzależnienie Yasuro. Dlaczego akurat teraz? Czy nie mogę się w końcu spokojnie pouczyć?! Dzisiejszy dzień jest zdecydowanie irytujący, ponieważ na każdym kroku moje myśli dążą tylko w jednym kierunku - aniołka. Już sam nie wiem co mam myśleć. Im dłużej miotam się między podjęciem decyzji, tym bardziej czuję się beznadziejnie. Niby wybrałem, że znajdę sobie dziewczynę i nie będę już ranił Yasuro, traktując go tylko jak przyjaciela, ale czy przyjaciel przejmowałby się aż tak tym, że może sprawić nawet maluteńką przykrość? Kogo ja chcę oszukać, że oszukuję samego siebie? Robię jedno, ale moje ciało zgadza się jedynie na to drugie. I jak tu walczyć? Katsuyoshi ma rację. Przejrzał mnie od razu, ale ma rację. Higoshi nie jest mi obojętny, a jednak boję się poznać prawdy. Bo niby skąd wzięłaby się u mnie nagle miłość? Od tego, że zaczęli remontować drogi i on ze mną wraca ze szkoły? Nie rozumiem, nic nie rozumiem... Boję się tego, że mógłbym cierpieć, jeśli byłby z kimś, ale jeśli postawiłbym swoje uczucia jasno, mógłbym stanąć do walki, a nie patrzeć, jak ukochana osoba znika z inną... To boli, bardzo... Jeśli chodzi o niego, to już chyba do końca życia będę tak wrażliwy, że zamiast się odezwać, wykończę się psychicznie. Zamiast spróbować, zostanę w cieniu... Tak, chyba jedynie mogę cierpieć, ale co ja na to poradzę? Nic. A zresztą... Przecież od zawsze byłem sam, co za różnica, nic wielkiego. On będzie szczęśliwy, i ja. Nie będę nikomu sprawiał problemu, jestem dorosły, a takie rozterki to normalna rzecz. Jeśli poproszę o pomoc czy wyduszę z siebie to, co mnie gnębi, nie będę mógł spojrzeć na samego siebie - przegram walkę, czując wstyd. Nigdy nie wiadomo, co kryje się w drugim człowieku, dlatego lepiej żyć samotnie.

W komórce otworzyłem plik ze zdjęciami z jakiegoś apelu, gdzie Yasu dostał nienaturalnej głupawki, a ja wewnętrznie ledwo dusiłem śmiech. Jaki przepiękny uśmiech... Dodając do tego głos, który sam odtworzył mi się w głowie... Subtelne, rumiane policzki, kiedy byliśmy u Kaoru... Niezapomniane chwile w jego towarzystwie, dźwięczny śmiech, wspólnie śpiewana piosenka... 

Tęsknisz?

Odłożyłem telefon, rozkładając się na wyrku. Przymrużyłem powieki, tępo wpatrując się w śnieżny sufit. Świeże powietrze napływające warstwami z okna, muskało moje ciało, dając wrażenie, jakbym płynął.

Kolejne wspomnienie - z czasów przedszkola. Ciągle siedziałem sam, przez swoją odmienność, ale wtedy zjawił się ktoś, kto doprowadził mnie do łez szczęścia. Potem długo nie mogłem przestać wyć. Albo w podstawówce. Miałem motywację aby się uczyć, czy brać udział w sporcie, który kocham do dziś. Wspólne wycieczki, przerwa w gimnazjum, gdzie zamknąłem się w sobie na dużą skalę, cofając jakby otwierający rezultat orzechowowłosego. 

'- Oi, Taisho, popatrz jakie to ma uszy! Taisho, nie uważasz, że życie jest piękne, kiedy możesz je przeżywać z przyjacielem? Ej, ej, zaczekaj na mnie, nie jestem jakąś wyścigówką! Jacieee! Jeszcze nigdy nie widziałem takich rzeźb. Taisho, nie będzie tak źle. No i co zrobiłeś?! Mówiłem ci, żebyś się nie poddawał! Taisho, Taisho! Popatrz, jak cudownie. Każdego dnia możemy oddychać powietrzem, rozmawiać z innymi... Powinniśmy być dumni z tego, że zostaliśmy obdarzeni rozumem. Taisho... Dlaczego tak bardzo chcesz podążać sam?'

Wszystkie jego słowa wypowiedziane na przestrzeni lat powróciły, niczym przewracane w albumie strony. Każde z nich ma swoją przeszłość, o której chciałem zapomnieć, wyrzucić z pamięci to, gdy czułem niewyobrażalne szczęście. On nie umarł! Żyje! A ja mam ochotę rozpaczać, jakbym go stracił.

Przyłożyłem dłoń do serca, zrywając się do siadu. Moje oczy chyba po raz pierwszy rozszerzyły się aż tak bardzo. Wstrzymałem oddech.

Jestem kompletnym debilem! On podążał ze mną przez cały czas, więc jak ja nawet śmiem mówić, że człowiek może żyć sam?! Nie, nie może! I mam tutaj najlepszy dowód. Każdego dnia... Jego optymizm, słowa, zachowanie dodają mi siły, których zawsze byłem pozbawiony. Dzięki niemu mogę normalnie funkcjonować, cieszyć się życiem. Przecież to on, po części nieświadomie nauczył mnie jak należy patrzeć na świat, a ja co? Tylko biorę, naiwnie idąc przed siebie. Koniec tego, teraz ja muszę się za siebie wziąć i być podporą. Koniec. To ostatnie wspomnienie przesądziło o wszystkim. Jak ja mogłem w ogóle wątpić w to, co czułem. W to, co mam zaszczyt czuć.

Wziąłem do ręki komórkę, patrząc na jej smolisty wyświetlacz. Uśmiechnąłem się.

Kocham go... Kocham go. Kocham go, kocham go, kocham! I nic już tego nie zmieni, cokolwiek bym zrobił. Choćbym miał cierpieć, tarzać się po ziemi, zrobić wszystko, nie zapomnę o tym, że go kocham, nie zaniedbam tego, bo móc go kochać, to zaszczyt, który zhańbiłem. Tak bardzo pochłonęła mnie moja głupia nieufność i strach przed dotkliwym bólem, że wszystkich traktowałem albo jak powietrze, albo jak wrogów. Muszę zaufać...

Odblokowałem klawiaturę, wchodząc w edycję sms-a. Wielka, szorstka gula utknęła na mostku, uciskając mi narządy wewnętrzne.

Tęsknię... Tak bardzo, iż pragnę to wykrzyczeć. Musze go zobaczyć, usłyszeć, bo inaczej oszaleję... Tak długo chować samego siebie w domu, izolując się... Muszę.

Kilka sekund i już miałem gotową wiadomość. Zawahałem się na chwilę, widząc swój dosyć lipny argument do spotkania. Jestem po prostu żałosny, ale brakuje mi go. Już od czterech dni go nie widziałem, bo był weekend, a potem gdzieś pojechał z drużyną.

- Mogę wziąć od ciebie piątkowe notatki z biologii? - walnąłem się w skroń, słysząc raport doręczenia. Tak, w argumentach zawsze byłem świetny, nie ma co.

Przekręciłem się na prawy bok. Zero wiadomości, dzwonka, nic. Minęło pięć minut, a on nie dał znaku życia.
No tak, też bym się nie przejął, gdyby ktoś robił takie fochy. Poczułem, jak rzep nostalgii wczepia się w moją pierś.

Proszę, odpisz... Czy to za wiele?


***


Smętnie zszedłem na dół, aby zaparzyć sobie owocowej herbaty. Nie doczekałem się w rezultacie żadnego sms-a, dlatego dobity, poruszałem się ledwo przytomnie. Ująłem w palce lewej dłoni torebkę i wrzuciłem ją do kubka z niebieską owieczką. Nim zdążyłem wstawić wodę, ktoś zadzwonił do drzwi. Bez najmniejszego pośpiechu poszedłem do przedpokoju myśląc, że to Hiro. Wydaje mi się, że raczej wróci, kiedy będzie ciemno, ale kto go tam wie. Jest 18:00, więc równie dobrze może to być mama. Ubrany w szare, troszeńkę przydługie dresy i granatową, luźną koszulkę bez żadnych aplikacji, nacisnąłem klamkę.
To, co ujrzałem wbiło mnie w ziemię tak, iż nawet nie uchyliłem do końca wejścia do domu. Stał oto przede mną aniołek, z chaotycznie przewieszoną torbą oraz wojowniczym wyrazem twarzy.

- Co ty tu robisz? - czułem, jak powoli kurczę się w obliczu takiego bóstwa.
- Chciałeś lekcje, to przyniosłem. - wślizgnął się do mieszkania, idąc na malutki dywanik. 
- Nie musiałeś iść... Sam mógłbym... - przekręciłem metalowy zamek, patrząc na tył chłopaka, który zdejmował buty. Nieopisany żal nawiedził moje wnętrze, a ja miałem ochotę rozbeczeć się dosłownie na całe osiedle. Tak długo... Bez czegokolwiek... Wyciągnąłem dłonie w jego stronę.
- Dobra Taisho. - właśnie odkładał buta, prostując się - Albo powiesz mi co się dzieje, albo sam to z ciebie wyciągnę, bo to już przestaje być śmieszne, a ja nie mogę na to dłużej pa... - stanąłem tuż za nim i przylgnąłem do jego pleców, chowając głowę pod kępkami włosów. Jedną ręką objąłem kurczowo miękki brzuch, a drugą rozłożyłem na całej długości linii ukośnej ciepłego torsu - trzeć... - barwa tonu natychmiast ucichła, a zielonooki zastygł w bezruchu, pozwalając, aby jego kończyny trzymając torbę, spoczywały wzdłuż boków, uwięzione pod moim uściskiem. 
- Przepraszam... - rzekłem, dmuchając na letnią skórę i zamknąłem oczy - Tylko... Chwilę... - nareszcie czułem to, co pragnąłem dostać tylko dla siebie...
- Yhm... - opuścił łebek, śrubując ślepkami purpurowy dywanik. Wąska kreska świetlistych ust podniosła się nieco wyżej, jakby nareszcie znalazła pewnego rodzaju ukojenie - No...? Co się z tobą działo? - w odpowiedzi bardziej się do niego przylepiłem, szczelnie oplatając go rękami. Mocno wtuliłem nos w brązowe pasma włosów, posiadające zapach łagodnego orzecha z domieszką czekolady, ale dodanej na tyle, aby nie przesłodzić tej kompozycji. 

Już nigdy nie popełnię tak bardzo kolosalnego błędu. Niezależnie od sytuacji, będąc przy nim ulegnę szczęściu nawet wtedy, gdy moje marzenie się nie spełni, bo przecież nie mogę zmusić go do związku. To by była hańba, nie mam takiego prawa.
Uchyliłem powieki, napawając się słodką, uzależniającą bliskością. Palce mojej prawej dłoni, niczym drzewo, zapuściły korzenie na lewej piersi. Klatka piersiowa równomiernie się unosiła, a aniołek odchylił nieco malutką dyńkę.

- O nie! - gromki krzyk wyrwał mnie z otumanienia, aż calutki zdrętwiałem - Coś ty sobie w palce zrobił? - pociągnął jedną łapką mój nadgarstek, licząc nakrywki na paznokcie, wyglądające tak, jakbym zamoczył wszystkie opuszki do miejsca pierwszego zgięcia w dajmy na to - czekoladzie strasznie się lepiącej.
- Mały wypadek przy sprzątaniu... - kąciki moich ust zadarły się, dotleniając szkliwo zębów, a ja trzymałem brodę tuż nad jego barkiem. Nie powiem, ta pozycja bardzo mi odpowiada.
- Mały? Nie sądzę. Znowu odejmujesz sobie przyjemność z grania. - szmaragdowe tęczówki żywo zaszkliły się entuzjazmem, a on zaczął iść naprzód - Można by było zmienić...
- O nie, nie, nie. - szybko się wywinąłem, piętami miarowo wspinając się po schodach - Hiro wystarczająco już mnie dzisiaj wymęczył, więc nawet nie próbuj się w niego bawić.
- Chodź no tu! - wystartował jak oparzony, goniąc mnie po mieszkaniu. W przerażeniu wpadłem jeszcze wolny do pokoju, jednak na środku podłogi zostałem bezlitośnie złapany - Może zostanę lekarzem, co ty na to? - wyszczerzył się przeraźliwie, co mogłem zauważyć przez odwrócenie do tyłu twarzy.
- Co ty, ludzi chcesz zabić? - drżącym głosem ledwo cokolwiek wypowiedziałem, po czym donośnie przełknąłem sporej wielkości kulkę śliny.
- Zacznę od praktyk, teoria to pikuś. - spróbował chwycić moje biedne paliczki, lecz dzielnie stawiałem mu czoła. 

Tak oto nasze nogi zaczęły się z czasem plątać, a ręce wyślizgiwać z potężnych uścisków. W pewnym momencie Yasuro zakleszczył moją dłoń na wysokości brzucha. Momentalnie dał sobie spokój z palcami i znacznie poważniejąc, wsunął rękę pod koszulkę. Od razu wstrzymałem ku memu zaskoczeniu przyspieszony oddech i poddałem się fali ciarek.

- Schudłeś? - złapał mnie za barki, stając naprzeciwko mojej postaci.
- Nie, dlaczego miałbym schudnąć? - dotknąłem okolic żołądka stwierdzając, że faktycznie ma rację.
- Weź przestań, dlaczego niczego nie jesz?
- O nie, proszę mi tylko tego nie wmawiać.
- Tak? To powiesz, co dzisiaj jadłeś? - skrzyżował ręce, ściągając dwie, cienkie brwi.
- A proszę cię bardzo. Na śniadanie jadłem... - nagle osłupiałem, zdając sobie sprawę z tego, że praktycznie przez ostatnie dni niczego nie konsumowałem, tylko faszerowałem się jakimiś sokami. Cholera! Więc to dlatego byłem taki słaby, szlag.
- No właśnie. Znowu chcesz się doprowadzić do anoreksji?
- Nie, nie chcę. A zresztą nie miałem anoreksji.
- No okej, prawie miałeś, na jedno wychodzi. Dlaczego znowu się odchudzasz? Przecież obiecałeś, że będziesz dużo jadł, aby móc grać w kosza.
- Wcale się nie odchudzam. - rozzłoszczony na samego siebie, mruknąłem dosyć niemiłym brzmieniem - Po prostu tak jakoś... Zapomniałem jeść.
- Jak to zapomniałeś?! Przecież takie rzeczy nie mogą wypaść z głowy od tak sobie! Szczególnie, jeśli burczy ci w brzuchu. I jak ty w ogóle jesteś w stanie normalnie funkcjonować?! Ja po jednym dniu, kiedy nic nie jem jestem dosłownie jak flak.
- Nie burczało... Nie wiem. Moje ciało chyba przyzwyczaiło się do małej ilości pokarmu.
- Nie mów, że nie czułeś głodu. - westchnął, gdy coś go olśniło - Coś się ostatnio stało, że byłeś taki zamyślony? 
- Nie... To znaczy nic wielkiego. Musiałem przemyśleć ważną decyzję, którą ciężko było mi podjąć.
- Taisho no... - te łagodne nuty perlistego głosu gilgotały mnie w gardło. Dziwne, prawda? - Nawet jeśli tak jest, musisz pamiętać o jedzeniu, bo wiesz jak w bardzo zastraszającym tempie możesz popaść w stan, w którym nic prawie nie jadasz i tygodniami jedziesz tylko na płynach.
- Wiem, wiem... Ale na siłę też nie będę wpychał.
- No tak, cały ty. Zawsze jesz jak okruszek, jakbyś dbał o linię. Niejedna dziewczyna mogłaby ci pozazdrościć figury.
- No i pewnie zazdrości. - dumnie się wyprostowałem, zerkając na ruszający się plik kartek - A to co?
- Geografia. - odrzekł w spokoju, siadając na łóżku.
- Nie żartuj sobie. Eizo dał mi tyle materiału, że nie idzie wkuwać ani grama więcej.
- Ty się uczyłeś? Łał, widzę postępy. W takim razie tylko ci to zostawię, no i trzymaj. Nie pisaliśmy z bio aż tyle.
- Oke, dzięki. - posłałem mu wdzięczny uśmiech, wpychając do szafki otrzymane prezenciki - A jak wam wczoraj poszło? Nie widziałem cię w szkole.
- Bo poszliśmy do jakiejś innej na wstępne rozgrywki. Jeśli się dostaniemy, finał odbędzie się w naszym liceum.
- Czyli mogę się szykować na zwolnienie z lekcji. - potarłem dłońmi, siadając obok niego.
- Nie byłbym tego taki pewien, chociaż jeśli przeciwnicy będą jak ci ostatni, no to tak, nie pakuj plecaka. - zaśmiał się i rozkosznie położył ciałko na łóżku, kładąc łokcie pod czaszkę - Kiedy mamy próbę? Już się w tym wszystkim pogubiłem.
- Jutro.
- O matko. Nie odpocznę po treningu, super.
- A właśnie, niedługo powinieneś kogoś poznać.
- Hmm? Niedługo?
- Oj, zobaczysz. I nie żryj tego tyle! - odepchnąłem od jego otworu gębowego paczkę mentosów XXL.
- Ej, zostaw! - zrobił minę zbitego psiaka, jednocześnie nadymając policzki - To mój ulubiony smak.
- Jogurtowy? - okręciłem na kostkach długi rulonik, w rezultacie podrzucając go nastolatkowi - Uee, jak ty to możesz jeść?
- A jak ty tego możesz nie jeść? Jak ci coś nie pasuje, to nie musisz patrzeć.
- Jesteś w moim domu, więc jednak jestem na to skazany.
- Nie, nie jesteś.
- Jestem.
- Nie. - przeczołgał się kawałek i usiadł za mną, łącząc nasze plecy.
- Ała. - jęknąłem, kiedy jego krótkie paznokcie przez przypadek wbiły się w mój przegub.
- Oj, zamknij się. - zwinnie zerwał zimne sreberko i władował pięć cukierków na jeden raz do swojej paszczy - Jestef facet, a nie babfa. 
- Pożeraj w spokoju, bo jeszcze się udławisz. - pokręciłem z niedowierzaniem głową, po czym sięgnąłem po książkę z marną gospodarką. 

Tak powinno być już zawsze. Luźna atmosfera oraz osoba, która rozumie mnie w 100%. Nikt z płci męskiej mi go nie odbierze, w końcu chyba nie jestem taki zły, no nie? Ale z damską nie mam szans, heh. No już, czas na naukę, zmarnowałem wystarczająco dużą ilość godzin.

Przy nim, mogę zacząć latać nawet bez skrzydeł. 


5 komentarzy:

  1. Jakie romantyczne przytulanko *_* Akcja jak z dram i to rozdzierające serce 'tylko... na chwilę'. Bosh właśnie na to czekałam,choć na początku rozdziału jak zaczął zawodzić,że może warto dać sobie spokój to trochu się przestraszyłam. Ale nieee... ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. gospodarka ... tum tum tum Chcesz mentosa ?! XD

    OdpowiedzUsuń
  3. "Kocham go, kocham go, kocham go"- Czekałam aż w końcu przestanie z tym walczyć :D

    Suzi

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudoooowny rozdzial, na to czekalam. *-*

    OdpowiedzUsuń
  5. No w koncu, przynajmniej go przytulil, niech mu juz powie co czuje~RR

    OdpowiedzUsuń